czwartek, 11 października 2018

Rozdział 1 i 2 - Pierre i Raimundo od początku!


Pierwsze dwa rozdziały nowej wersji "Pierre i Raimundo: Cztery pory roku" z okazji Międzynarodowego Dnia Coming Outu.







            Witaj, Droga Osobo, która wzięła do ręki tę książkę.
            Znajdziesz w niej moje zapiski, dotyczące najważniejszego wydarzenia w moim życiu. Co prawda minęło już prawie dziesięć lat od tamtych czasów, ale nie potrafię pozbyć się sentymentu do tych ciepłych, ostatnich letnich dni.
            To opowieść o tym, jak zrozumiałem, co oznacza miłość i jak ważna jest w życiu. Nie jestem dumny ze wszystkich decyzji, jakie podjąłem w tamtym okresie. Niemniej cokolwiek zrobiłem, doprowadziło mnie ostatecznie do szczęścia.
            Pozwól, że moje prawdziwe imię zachowam dla siebie, ale w tej opowieści będę ci znany jako Pierre. Jestem introwertykiem, nie przepadam za ludźmi, a wyrażenie uczuć jest dla mnie czymś okropnie trudnym. Długo myślałem o sobie, jak o wyniosłym egoiście ceniącym samotność. Jednak dokładnie tydzień po moich osiemnastych urodzinach rozpoczęła się historia zmieniająca moje podejście do życia. Droga ta była trudna, a na dodatek wydarzyła się w ostatniej klasie mojej szkoły licealnej.
            Rok moich matur odmienił wszystko, na zawsze.
            Nauczyłem się dużo więcej, niż przypuszczałem.

Pierre





CZĘŚĆ PIERWSZA
LATO





Wpis pierwszy
Pierre

Sierpień 2009

Nieubłaganie zbliżał się koniec wakacji, a ja, wbrew sobie, zaczynałem tęsknić za szkołą. Nie dlatego, że uwielbiałem tam chodzić, ale przynajmniej miałem co robić. Teraz zwyczajnie się nudziłem. Wszystkie potrzebne mi podręczniki zostały już kupione. Delektowałem się ich gładką fakturą i zapachem nowości. Ustawiłem je ładnie na półce w pokoju i zgadywałem jaki dostanę plan lekcji w tym roku, nie ukrywając tego, jak bardzo się cieszę, że w trakcie mojego ostatniego roku w liceum nie będę miał już chemii, fizyki i biologii. Brak tych podręczników wcale mi nie przeszkadzał, a jedynie sprawiał, że czułem się o kilka kilogramów wiedzy lżejszy. Byłem humanistą.
Humanistą, który nie bardzo wiedział, co ze sobą począć w ostatnie, letnie dni. Nie miałem żadnych planów podobnie, jak i przez większość lata. Moja najlepsza przyjaciółka wyjechała nad morze, więc nawet wypad na miasto nie wydawał się atrakcyjny. Poza tym, jako typowy domator, nigdy nie lubiłem spędzać za dużo czas na świeżym powietrzu, a takie samotne dni w domu, gdzie nikt nie zaprzątał mi głowy, bardzo doceniałem. Jednak nawet ja czułem, że czas przecieka mi przez palce.
Odrobinę znudzony, przeskakiwałem po wszystkich kanałach telewizyjnych, szukając czegoś, co mogłoby mnie zainteresować. Miałem niemałe wymagania co do jakości rozrywki. Zatrzymałem się na popularnym kanale muzycznym i próbowałem zrozumieć, czemu w nim tak wiele gołych babek, podczas gdy tekst opierał się właściwie na jednym zdaniu — Hey baby, let’s boogie tonight — tyle że piosenkarz modulował swoim głosem.
Przepraszam... piosenkarz. Raczej auto-tune.
Dlatego wolałem utwory instrumentalne, soundtracki z filmów, nawet niektóre kawałki muzyki klasycznej były lepsze niż ten powtarzający się, nieznośny bit.
Przeciągnąłem się, zastanawiając się, co mogę jeszcze dzisiaj porobić.
Mieszkałem w domku jednorodzinnym na obrzeżach Płocka. Wyprowadziłem się na odległe przedmieścia wraz z rodzicami i młodszą o trzy lata siostrą. Nie podobała mi się wizja opuszczenia centrum, w którym dotychczas mieszkałem. Nie z powodu znajomych, których by mi brakowało, tylko tego, że wszystko znajdowało się pod ręką. Sklepy, centra handlowe, a nawet głupi kiosk... Natomiast na tym odludziu jednym z ciekawszych zajęć było oglądanie, jak sąsiad na emeryturze podlewa trawnik.
Co prawda okolica należała do spokojnych i całe osiedle otaczał głęboki las, ale wiało tu nudą ze wszystkich stron, a największy hałas stanowiły szczekające psy, gdy ktoś przechodził obok domu, którego pilnowały. Jednak to rodzice zadecydowali o przeprowadzce, a ja nie miałem nic do gadania. Moja siostra za to kochała spraszać do siebie wszystkie swoje koleżanki, aby razem mogły posiedzieć na tarasie lub hałasować na górze i plotkować o wszystkim, czym były zainteresowane obecnie nastolatki. Odkąd tata zainwestował w wielki, dmuchany basen na tyłach domu, znajomi siostry prawie codziennie u nas przesiadywali. Dlatego, gdy dzisiaj zdecydowali się spędzić czas nad Sobótką, przywitałem wizję pustego domu z uśmiechem, bo przyjaciele siostry należeli do tych głupich i głośnych stworzeń, które musiały ominąć podstawy kultury i wychowania.
Moja siostra, Alicja, uwielbiała ciepło i korzystała ze słońca każdego dnia. Ja za to miałem wrażenie, że jak tylko wychodzę na zewnątrz, zaczynam się pocić i gotować jednocześnie.
Z niesmakiem wyłączyłem telewizor w momencie, gdy tancerka właściwie usiadła na twarzy wokalisty. Tak mało subtelne podejście do drugiej osoby odstręczało mnie.
Udałem się do łazienki na piętrze. Musiałem po prostu umyć ręce, bo żar lał się z nieba, a w domu panowała duchota. Dłonie mi się lepiły, a naprawdę nie lubiłem tego uczucia.
Stojąc nad umywalką, uniosłem wzrok i spojrzałem na swoje odbicie.
Tak jest, to byłem ja. Pierre, właściciel blond włosów, które mimo wszelkich starań żyły własnym życiem i tworzyły nieład. Błękitne, chłodne oczy mierzyły wszystko surowym oraz ponurym spojrzeniem. Jasne brwi prawie zlewały się z bladą skórą. Nigdy nie udawało mi się opalić, nawet jeśli pozwalałem sobie na kilkugodzinne pobyty na słońcu, a co najwyżej lekko zarumienić. Szczupłe ciało było oznaką tego, że albo zawsze mało jadłem, albo powoli zaczynałem znikać z tego świata.
To cały ja, cały ja.
Nagle ktoś załomotał w drzwi, a ja podskoczyłem, rozchlapując wodę po jasnych kafelkach.
Pierre! Zza drzwi dobiegł mnie głos ojca. Zawsze lubił to robić. Wołać mnie, mimo iż byłem w łazience, bardzo możliwe, że zajęty czymś innym.
Co jest? spytałem, siląc się na spokojny ton. — Czemu nie jesteś w pracy?
— Właśnie wróciłem — odpowiedział. — Chodź, idziemy przywitać nowych sąsiadów! Jak zwykle w jego głosie dało się słyszeć rozkaz, a nie prośbę.
Teatralnie opadły mi ramiona. Mój sobowtór w lustrze wyglądał na niezadowolonego i zmuszonego do robienia czegoś, czego wcale robić nie chciał.
Nowi sąsiedzi, no tak. A przecież tak skrupulatnie ich unikałem przez całe wakacje.
Dla wyjaśnienia — mniej więcej od maja na działce obok trwały prace budowlane. Oczywiście zaczęły się wcześniej, ale ostatnie trzy miesiące zostały poświęcone na wykończenie całości. Działanie to było na tyle głośne, że często spędzałem czas u Mileny, mojej przyjaciółki, w mieście. Z wielką chęcią unikałem hałasu cofającej ciężarówki, przeklinających robotników i uroczych dźwięków gruzu obijającego się o metal.
Dlatego zdążyłem nabrać niechęci do tych, którzy mieli się wprowadzić obok, zwłaszcza że od dłuższego czasu pole obok pozostawało niezamieszkane i dzięki temu miałem ładny widok z pokoju na las. Teraz wyglądałem na czyjeś okno. Dobrze, że rodzice już jakiś czas temu posadzili przy płocie sosny, które za kilka lat zapewnią mi prywatność.
— Muszę? — spytałem głośno tatę, wycierając ręce w ręcznik. Opuściłem łazienkę, by stanąć z nim twarzą w twarz. Nerwowo stukał nogą i cmokał. Odziedziczyłem po nim ten nawyk cmokania, gdy się niecierpliwiłem. Również po nim otrzymałem jasne włosy i przesadnie bladą skórę.
— Musisz. Zanim wjechałem do garażu, rozmawiałem chwilę z sąsiadem i powiedziałem, że zaraz z tobą wrócę, a więc nie masz wyjścia — wyjaśnił, zdejmując z siebie krawat. Tata pracował w biurze, które wymagało, aby pracownik ubierał się przyzwoicie. Liczyłem na to, że moja przyszła praca nie zakuje mnie w krawat, bo z nim w parze szedł garnitur, a wyjście w czymś takim na słońce równało się możliwości roztopienia się.
— Dobrze wiesz, że nie lubię poznawać nowych ludzi — przypomniałem.
— Nie bądź dzikusem — skarcił mnie, po czym zeszliśmy po schodach. Kiedyś z nich spadłem, ale na szczęście nikogo nie było wtedy w domu, by obejrzeć ten moment porażki.
— A jak mają dzieci? — dopytywałem.
Ugh… dzieci.
— Mają dzieci, ale w twoim wieku. Tak na oko.
— Na oko to chłop w szpitalu umarł.
— Przestań być przemądrzały.
— Tato, czy ty mnie w ogóle znasz? — zapytałem, udając zszokowanego.
Spojrzał na mnie i pokręcił głową.
— Czekam przed domem — poinformował i zniknął za drzwiami do holu. Z westchnięciem usiadłem na najniższym stopniu i sięgnąłem po buty. Specjalnie ociągałem się z wiązaniem sznurowadeł, dlatego, gdy dołączyłem do taty, powitał mnie pytaniem: Wolniej nie mogłeś?
Przecież to tylko sąsiedzi, już nam nie uciekną odparłem, wzruszając ramionami. W myślach dodałem, że tak szybko się ich nie pozbędziemy. — Poza tym Alicja lepiej się nadaje do delegacji powitalnych, czy czegoś takiego.
— Alicja jest z przyjaciółkami na mieście. Mógłbyś z niej brać przykład stwierdził dobitnie. Zachowuj się dodał ostrzegawczo, jakbym narobił mu nie wiadomo jakiego wstydu przed sąsiadami. To nowi ludzie i trzeba ich miło przywitać.
— Mogę im powiedzieć, że na ich działce kiedyś był cmentarz?
— Pierre, synu, żadnego wspominania o trupach w trakcie pierwszej rozmowy z żywą istotą.
Słońce wychyliło się zza chmur i musiałem zmrużyć oczy przez jaskrawe słońce. Już czułem, że się pocę. Nienawidziłem tego, głównie z powodu moich nastoletnich kompleksów okresu dojrzewania, że po prostu śmierdzę. Biorąc pod uwagę, czego dowiedziałem się na biologii o organizmie człowieka, już samo wnętrze było ohydne, miałem zamiar dbać przynajmniej o higienę zewnętrzną. Moja obsesja na tym punkcie włączyła się, gdy młodsza siostra wypomniała mi, że pocę się jak wieprz. Udawałem, że mnie to nie ruszyło, ale teraz miałem problem z podniesieniem rąk do góry, by nie było widać śladów potu pod pachami.
Obsesja! I doprowadziła mnie do niej młodsza siostra. Kiedyś jej to wypomnę.
Natomiast mój ojciec należał do upartych osób (to też odziedziczyłem po nim) i prowadził mnie do ogrodzenia, stąpając przez wysuszoną trawę. Nowo zainstalowane zraszacze chyba nie spełniały swojego zadania. Sądząc po twarzy taty, pomyślał to samo.
— Dlaczego nie mamy ze sobą szarlotki jak w amerykańskich filmach?
Bo mamy budżet polskiej produkcji. Słowa skierowane do mnie wypowiedział cicho, gdy tylko dostrzegliśmy jak ktoś porusza się przy garażu nowego domu. Witam sąsiada! krzyknął do jakiegoś jegomościa i pomachał dłonią.
Po drugiej stronie ogrodzenia w naszą stronę odwrócił się przystojny, ale niski mężczyzna. Sądząc po mocnej opaleniźnie mój nowy sąsiad spędził większość swojego wolnego czasu na zewnątrz, w upalnym słońcu. Na nasz widok uśmiechnął się serdecznie i przyjaźnie, po czym zbliżył się do nas, a ja go uważnie obserwowałem. Na moje oko facet po czterdziestce z lekkim brzuszkiem i czarnymi włosami, które zaczynała atakować szarość. Spoconą twarz zdobiły pierwsze i, musiałem przyznać, zaskakująco eleganckie zmarszczki. Wyglądał na uprzejmego gościa, który raczej nie miał zamiaru sprawiać jakichkolwiek problemów. Oczywiście nie powinno oceniać się powierzchownie, ale co mi pozostało?
Dzień dobry, Arturze przywitał się mój ojciec. A więc już się znali? W takim razie czemu tu przyszliśmy?
Dzień dobry, Wiktorze odpowiedział tamten i podali sobie ręce nad ogrodzeniem.
Dzień dobry burknąłem dość niegrzecznie, ale pan Artur tego chyba nie wyłapał albo udawał, że nie dosłyszał niemiłego tonu. Za to serdeczny uśmiech nie znikał z jego twarzy.
To mój syn Pierre. Klepnął mnie w plecy z taką siłą, że prawie uderzyłem o płot. Nigdy nie traktował mnie jak kumpla, którego klepie się po plecach, więc ten gest uznałem za sztuczny. Żony nie ma, ale z pewnością pojawi się wieczorem. I jest jeszcze Alicja, ale wybyła...
Nie szkodzi, nie szkodzi. Pan Artur uspokajająco pomachał dłonią. Miło ciebie w końcu poznać, Pierre.
Szczerość, czy uprzejmość? Ze względu na tatę, wybrałem uprzejmość.
— Wzajemnie, proszę pana. Proszę wybaczyć, ale w wakacje byłem dość zajęty. Prowadziłem prywatne badania na temat pochówków w średniowieczu i…
— Pierre jest bardzo dociekliwy — wtrącił mój ojciec, naciskając na moje imię. Uśmiechnąłem się do niego dobrodusznie. — I uwielbia historię. W tym roku startuje w olimpiadzie.
— No proszę. Czyli również maturzysta? — odgadł, a ja skinąłem głową, chociaż nie wiedziałem z kim mnie porównuje.
— Zgadza się.
— Pierre również zdał z najwyższą średnią w klasie — kontynuował tata, a ja nie wiedziałem od kiedy był takim chwalipiętą. — Wiążemy z nim wielkie nadzieje na przyszłość.
No to było coś, co usłyszałem pierwszy raz w życiu. Aż obejrzałem się w stronę taty, ale ten nawet na mnie nie spojrzał. Nie wiem, co się właśnie zadziało między nowymi sąsiadami, ale pan Artur najwidoczniej nie miał zamiaru pozostać w tyle z przechwałkami.
— Rai! Chodź, przywitaj się! — zawołał nagle i tak głośno, że aż podskoczyłem.
Zza rogu domu wychylił się zaciekawiony chłopak, wyciągając białe słuchawki z uszu.
Na nasz widok uśmiechnął się szeroko, a ten uśmiech był wyjętym wprost z reklamy przykładem poprawnego stosowania pasty do zębów i zapewne większość stomatologów mdlała na widok tak poprawnego zgryzu.
Chłopak miał na sobie szary bezrękawnik z kapturem i krótkie spodenki, a przed sobą pchał taczki pełne piasku. Musiałem przyznać, że nieznajomy miał niezłe mięśnie, aż poczułem typowo samczą zazdrość. W porównaniu z nim przypominałem blady szkielet, który już dawno stracił mięśnie.
Jego spocona i opalona skóra lśniła w blasku słońca, przez co zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco. A przynajmniej odniosłem takie wrażenie, gdy spojrzał na mnie swoimi brązowymi jak czekolada oczami. Bardzo ładnie komponowały się z czarnymi włosami oraz wydatną szczęką.
Zaciekawiony nastolatek zostawił taczki w cieniu i podszedł do nas, nie przestając się uśmiechać. W międzyczasie otarł spocone czoło czarną frotką, którą nosił na prawym nadgarstku, a następnie zdjął rękawice ogrodowe.
— To mój syn, Raimundo — przedstawiono go z nieukrywaną dumą. — Również maturzysta.
— Dzień dobry, proszę pana. — Uścisnął dłoń z moim ojcem, jakby był jego dawnym kumplem, po czym zwrócił się do mnie. Jego brązowe jasne oczy błyszczały od radosnych iskierek. — Cześć! Jestem Raimundo, ale dla rodziny i przyjaciół – Rai.
— Witaj, Raimundo. Jestem Pierre — odpowiedziałem chłodno, sztywno i z wielką chęcią ucieczki, choć nie wiedziałem dlaczego.
Specjalnie powiedziałem jego pełne imię, aby nie pomyślał, że staliśmy się przyjaciółmi tylko dlatego, że będziemy obok siebie mieszkać. Chłopak zdziwił się moim zachowaniem, ale i tak uścisnęliśmy dłonie. Miał skubaniec uścisk... Nie wiedziałem, czy nie zdawał sobie sprawy ze swojej siły, czy też po prostu była to zwykła złośliwość.
— Miło cię poznać — oznajmił, ale ja nic nie odpowiedziałem. Czułem natomiast jak coraz bardziej się pocę i z zażenowaniem uciekłem gdzieś wzrokiem.
Kolejnych kilka minut nasi tatkowie poświęcili na wyścigi w chwaleniu się swoimi pociechami, a ja i Raimundo staliśmy po przeciwnych stronach płotu, wyraźnie nie czując się komfortowo. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia Raia, gdy próbował na mnie dyskretnie zerknąć, ale nie bardzo mu się to udawało. Ciężko było nie dostrzec ostrzału ciepłych iskier z jego radosnych oczu, co wprawiało mnie w jeszcze większe zakłopotanie.
Debata na temat wyższości jednego syna nad drugim zakończyła się ofertą, by dzisiejszego wieczora urządzić wspólnego grilla zapoznawczego. Rai od razu zaproponował, że pojedzie do sklepu po zapas węgla, a ja zacząłem kombinować, jak się wykręcić ze wspólnego wieczora. Przyjaciółka miała wrócić dopiero jutro, więc nawet nie mogłem udawać, że mam jakieś plany. I nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, moja obecność została potwierdzona, a ja posłałem tacie zrozpaczone spojrzenie, które po rodzicielsku zignorował.
— Chcesz jechać do sklepu ze mną? — zaoferował Raimundo.
— Nie, dzięki — odparłem. — Jestem zajęty.
— Och. Okej.
— Dobrze, poznacie się lepiej wieczorem — zaczął poganiać mój ojciec, jakbyśmy nagle z Raimundem stali się najlepszymi przyjaciółmi na zawsze i nie mieli zamiaru się od siebie oderwać. — Musimy odkurzyć dom, pamiętasz?
— Ty musisz odkurzyć dom — sprostowałem. — Doskonale pamiętam wytyczne mamy.
— Nic z tego, młody człowieku. — Prawdopodobnie chciał pokazać, jak władczym jest ojcem. — Mój syn. Zdolny, ale leniwy.
Panowie zaśmiali się, bo przecież to był powszechny żart wśród dorosłych i pożegnali ze sobą. To samo zrobiłem ja i Raimundo, który wyszczerzył przy tym swoje olśniewająco białe zęby. Najwidoczniej zależało mu na jakiejś znajomości w nowej okolicy.
Z wielką radością odtrącę tę okazję.

***

Do domu wróciłem boleśnie znudzony, wiedząc, że jeszcze tego samego wieczoru będę musiał się udać na grilla do sąsiadów. I chociaż moje prośby i groźby były poważne, zarówno mama, jak i ojciec nie przejęli się nimi, decydując za mnie. Dodali, że w końcu mam szansę na poznanie jakiegoś rówieśnika w okolicy.
— Ale ja nie lubię rówieśników! — jęknąłem w trakcie dyskusji. — Są nudni, dojrzewają i śmierdzą. Już nie wspomnę o alkoholu, papierosach, narkotykach…
— Pierre, na miłość boską, nie możesz wiecznie siedzieć zamknięty w domu! — fuknęła mama, szykując w kuchni drobny poczęstunek dla sąsiadów, którym wciąż nie była szarlotka. — Poza tym to sąsiedzki grill, a nie spotkanie narkotykowych karteli. I, co więcej, masz już osiemnaście lat. Prawnie nie mogę ci niczego zabronić.
— Widzę, że korzystacie z mojej pełnoletniości, jak wam się podoba — zauważyłem obrażony. — Gdy nie chcę iść do sąsiadów, moja osiemnastka to za mało, ale gdy chodzi o używki, najwidoczniej nie ma problemu!
Mama westchnęła ciężko i spojrzała na mnie. Po niej odziedziczyłem błękitne oczy.
— Pierre — powiedziała spokojnym, matczynym tonem. — Wiem, że jesteś typem samotnika i to rozumiem. Nie wszyscy muszą mieć setki przyjaciół. Ale człowiek to istota społeczna, a ja się martwię o to, że chcesz na siłę od tego społeczeństwa uciec.
— Nieprawda. Całe lato jeździłem do Mileny — przypomniałem.
— I gdzie chodziliście?
— Eee… My… No, my graliśmy na konsoli, ale…
Jej spojrzenie było ostateczną odpowiedzią.
— Musi iść? — zapytała siostra, wtrącając się do dyskusji. — Zrobi nam przypał. Zacznie gadać o jakichś głupich grach, gdzie trzeba skakać pandą.
— Okej, Panda JumpJump to klasyka gatunku, dobrze? — fuknąłem na nią, w podobnym stylu, w jaki fuknęła na mnie wcześniej mama. — Każdy o tym słyszał.
— Tylko dlatego, że uważasz za ciekawe wtrącenie tego do rozmowy z każdą istotą ludzką — dodała Alicja.
Moja mama podzielała zdanie Alicji, co do mojej miłości do gier, ale nie mogła mi ich zabronić, bo w żaden sposób nie wpływały na moje bardzo dobre stopnie.
Wieczór nadszedł nieznośnie szybko, ale tak już jest, prawda? Im bardziej czegoś nie chcemy, tym szybciej nadchodzi. Razem z rodzicami i upierdliwą siostrą skorzystaliśmy z zaproszenia na kolację, mniej lub bardziej gorliwie. Ku mej uldze pojawiło się jeszcze kilkoro innych sąsiadów, głównie emerytów, więc to na nich będzie się skupiała uwaga dorosłych.
W wejściu powitała nas mama Raimunda, pani Aurelia, która ubrała się w zwiewną, letnią sukienkę. Wyglądała na równie serdeczną, co i surową osobę. Była to kobieta o kręconych, czarnych włosach i ciemnych oczach, ale i o pięknym uśmiechu, więc założyłem, że uzębienie jest cechą, którą może poszczycić się ta rodzina.
— Dobry wieczór, dobry wieczór — mówiła z uśmiechem, zapraszając nas od razu na tył ogrodu. — Cieszę się, że przyszliście.
Na ganku czekał także Raimundo, ubrany w niebieską koszulę i czarne spodnie. Wyglądał na rozluźnionego i witał się z każdym po kolei. Gdy prowadził krótką rozmowę z moją siostrą, widziałem w jej oczach, jak bardzo jest zawstydzona przystojnym sąsiadem. Z radością stwierdziłem, że w końcu ktoś potrafił zamknąć jej usta, chociaż wiedziałem, że otworzą się na nowo, gdy nadejdzie czas pikantnych plotek z przyjaciółkami.
— Hej, udało ci się dotrzeć — zawrócił się do mnie Raimundo, gdy witaliśmy się jako ostatni. — Bałem się, że będziesz zbyt zajęty.
— Nie wiem, czy to jest powód do strachu — odparłem, a on zaśmiał się. Naprawdę, nawet nie żartowałem. Po prostu powiedziałem to, co myślałem.
Nim jednak zasiedliśmy przy stole w ogrodzie, zostaliśmy zaproszeni do odbycia krótkiej podróży po domu, co musiało być najwidoczniej jakimś konwenansem albo wyrazem uprzejmości. Tę nudną wizję powitałem z pewną dozą niechęci, ale dom okazał się być dość przytulny, mimo że brakowało jeszcze mebli, kontaktów, niektórych włączników świateł albo żyrandola, zastąpionego pojedynczą żarówką. Widać było, że rodzina Raimunda dopiero rozpoczyna życie w nowym domu.
— Jeszcze musimy wykończyć elektrykę, ale to już na szczęście w tym tygodniu — mówiła pani Aurelia. — Góra jeszcze jest w rozsypce, ale dzieciaki nie mogły się doczekać, więc przeprowadziliśmy się nieco wcześniej.
Po czym zgrabnie przeszła do opowieści rodzinnych, podczas gdy my zaglądaliśmy osobno do każdego pokoju, nawet do tych na piętrze. W pokoju Raia stało na razie łóżko, biurko i krzesło, a poza tym wiele pudeł, które nie zmieściły się we wnęce, która robiła za szafę. Za to dostrzegłem rozpakowane hantle, podręczniki szkolne, niechlujnie podłączony komputer oraz część ubrań rzuconą na biurko.
Okazało się, że Raimundo ma całkiem liczne rodzeństwo. Jego dwie starsze siostry – Amanda i Rebeka – nie były obecne w domu, ale z powodów mi nieznanych, bo nie słuchałem do końca, co się do mnie mówiło. Natomiast rodzeństwem obecnym okazała się być para bliźniaków – Adam i Andżelika – którzy mieli tyle lat, co moja młodsza siostra.
 W sumie była ich piątka i zrozumiałem ich pilną potrzebę zamieszkania w domku jednorodzinnym, bo, jak się okazało, wcześniej wynajmowali duże mieszkanie w mieście.
Po oględzinach domu, podczas których Raimundo usilnie próbował podjąć ze mną rozmowę na losowo wybrane tematy, udaliśmy się do ogrodu. A przynajmniej jego namiastki, bo jeszcze wiele tu było do zrobienia – brakowało trawy, roślin, a na dodatek trzeba było przewieźć wielką górę piachu do innych części posesji, co wyjaśniało dzisiejsze zajęcie Raimunda w ogrodzie, gdy pchał taczkę.
Musiałem przyznać, że zostaliśmy ugoszczeni obficie. Sałatek, mięsa z grilla, dodatków i napojów starczyło dla kilku rodzin, które się zjawiły. Pani Aurelia dała z siebie wszystko i czuła się wyraźnie swobodnie w podejmowaniu gości.
Rozsądek nakazywał, abym usiadł niedaleko Raimunda. Nie dlatego, że chciałem, ale z dwojga złego wolałem słuchać jego słów niż dorosłych, którzy czasami zapominali, że są w obecności swoich dzieci i rzucali dwuznaczne żarty. A usłyszeć taki żart z ust rodziców, to coś naprawdę niesmacznego.
Alicja natomiast usiadła obok bliźniaków, z którymi natychmiast złapała kontakt. Ku mojemu zdziwieniu, mieli oni jaśniejsze włosy i karnacje, w przeciwieństwie do reszty rodziny, ale z charakteru pozostawali ciepli i serdeczni. No może Adam był bardziej podobny do mnie, bo widać było lekkie wycofanie, ale i tak radził sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
— To... jak ci się tu mieszka? — zapytał Raimundo, trącając widelcem swoją karkówkę. Była idealnie wypieczona i pachnąca. Jego ojciec naprawdę znał się na grillowaniu.
— Nie lubię tego miejsca — wyznałem szczerze. — Nie ma tu nic do roboty. Chyba że lubisz bawić się w pustelnika. A od razu zaznaczę, że nie lubię się bawić w pustelnika. Doceniam możliwość korzystania z prysznica lub grania na konsoli.
Raimundo pokiwał głową i nie dostrzegł tego, jak Alicja rzucała mi prowokujące spojrzenie, które mówiło „Panda JumpJump? Już?”.
— Grasz na konsoli? — zapytał zaciekawiony Rai.
— Grywam — uciąłem, czując presję ze strony siostry. — Choć teraz skupiam się na nauce. Chcę dobrze zdać matury.
Byłem z siebie dumny, jak zgrabnie zmieniłem temat.
— Ja właśnie zmieniłem szkołę — poinformował Rai, jakby to mnie w ogóle obchodziło, ale przynajmniej oddalaliśmy się od gier, przez co Alicja straciła zainteresowanie.
— To dość nierozsądne w roku maturalnym — stwierdziłem. Warto było podtrzymać rozmowę głównie dlatego, aby nie musieć rozmawiać z młodszymi, którzy używali swoistego, internetowego slangu, by się porozumieć.
Rai machnął ręką i się uśmiechnął.
— I tak głąb ze mnie.
— Ze zwykłej uprzejmości zaprzeczę — odparłem. Chyba uznał to za żart, bo uśmiechnął się szerzej. Boże, jego zęby mogłyby służyć jako latarka, tak lśniły!
— Przeniosłem się do siódemki. Liceum, w sensie. Znasz? — spytał zaciekawiony.
Jęknąłem w duchu.
— Tak, chodzę tam do szkoły.
Raimundo ożywił się jeszcze bardziej i spojrzał na mnie uradowany tą informacją. Radosne iskierki znów poleciały z jego oczu, a ja uznałem, że bycie niemiłym wobec niego to jak kopanie małego szczeniaczka (a psy akurat lubiłem, chociaż nigdy nie miałem!). Dlatego uśmiechnąłem się delikatnie. A raczej włożyłem w to niezły wysiłek, aby kąciki moich ust drgnęły. Na szczęście należał do naiwnych osób, bo i ten fałszywy uśmiech kupił.
— Super! Dobrze znać kogokolwiek w nowej budzie. Jaka klasa?
Ojć...
— Trzecia B — odpowiedziałem bardzo powoli, nie będąc pewien, czy chcę zdradzać kolejną informację. Ostatecznie uznałem, że i tak się dowie.
Zmarkotniał, a ja w moich myślach odtańczyłem taniec zwycięstwa. Kolejny frajer w mojej klasie to byłoby za dużo. Właściwie tylko nieliczna grupa osób w szkole mnie nie denerwowała i część z nich stanowili nauczyciele.
— Ja do trzeciej E — wyjaśnił smutno. — No, ale ważne, że kogoś będę znał. — Uśmiechnął się, ujawniając odrobinę optymizmu.
Nic nie odpowiedziałem.
— Hej, Pierre — znów zaczął. Nie poddawał się i starał się prowadzić ciągłą rozmowę. — Co robisz jutro?
— Nie wiem, Raimundo — odparłem zaskoczony tym pytaniem.
— Nie mów do mnie Raimundo — jęknął, śmiejąc się wesoło. Jego śmiech był lekko ochrypły, ale przy tym całkiem przyjemny dla ucha. — Wystarczy Rai, naprawdę. Czuję się jakbym był bardzo stary.
— Podobno tak się mają do ciebie zwracać tylko przyjaciele i rodzina — zauważyłem.
Raimundo przygasł. Widziałem, jak szczęście ucieka z jego oczu.
— No... myślałem, że się skumplujemy czy coś…
O nie! Kolejna osoba, która chce się kumplować! Chociaż na jego szczere wyznanie nie wiedziałem specjalnie, co odpowiedzieć. Normalnie śmiałem się ludziom w twarz, kiedy coś takiego proponowali i odmawiałem, ale... chyba dlatego, że obok byli rodzice, nie potrafiłem zaserwować nowemu sąsiadowi kubła zimnej wody. Zmarszczyłem czoło i nawet nie zauważyłem, że przygląda mi się intensywnie.
— A więc jak będzie? — Wyrwał mnie z moich myśli.
— Hm?
— Hej, Pierre! — Zaśmiał się, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki. — Ledwo dziewiąta, a ty już odlatujesz?
— Zamyśliłem się — odpowiedziałem spokojnie.
— To jak będzie? Kumplujemy się?
Uniosłem brwi.
— Nawet się nie znamy.
— To się poznamy. — Wyszczerzył zęby. — Jutro chodźmy na rower! — zarządził. — Oprowadzisz mnie po okolicy.
— Ale ja...
— Żadnych ale — przerwał mi. — Zobaczysz, będzie super! Nie miałem czasu nawet rozejrzeć się dookoła, gdy tak tu pracowałem i pomagałem przy przeprowadzce. Z chęcią poznam okolicę.
— Skąd w ogóle wiesz, że mam rower?
— Widziałem w waszym garażu cztery, gdy rozmawialiśmy dziś po południu — odparł wesoło, a ja wywróciłem oczami. Tata nie zamknął garażu, gdy już zaparkował. — Któryś z nich musi być twój, nie?
— Jesteś upierdliwy — burknąłem cicho.
— Wiem to. — Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
Westchnąłem krótko. Nie potrafiłem się z nim kłócić, ale nigdy nie była to moja mocna strona. Niech zna moją łaskę, jutro pojadę z nim na tę przejażdżkę, ale więcej pewnie się nie spotkamy. Prawdopodobnie będę siedział cały czas w domu.
— Zgoda — odparłem ostatecznie. — Ale nie na długo. Mam co robić.
— Jasne! I tak dzięki, Pierre.
Przez resztę czasu rozmawiałem z Raimundem, głównie o szkole, do której miał uczęszczać, aż ostatecznie dołączyło do nas młodsze rodzeństwo, co odciążyło mnie od konieczności utrzymywania rozmowy. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, Raimundo okazał się bardzo towarzyski i nawet uprzejmie udawał, że nie widzi tego, jak moja młodsza siostra ślini się na jego widok.
Głupia kretynka...
Dopiero koło północy moi rodzice zaczęli się wycofywać i zgarnęli nas ze sobą. Byłem im za to wdzięczny, gdyż komary zaczęły robić się coraz bardziej uciążliwe. Adam i Andżelika zdążyli wymienić się numerami komórkowymi i gadu-gadu z Alicją, ale ja nie chciałem utrzymywać z nikim zażyłych kontaktów. Pożegnałem się ze wszystkimi, Raimundo zaszczycił mnie uśmiechem, który doskonale naśladował latarnię morską i udałem się z rodziną do domu.
Ten jego uśmiech naprawdę zapadał w pamięć, bo myślałem o nim nawet wtedy, gdy wspiąłem się na piętro w moim domu i zamknąłem się w pokoju. Chociaż czułem senność, włączyłem jeszcze komputer, aby się upewnić, czy Milena czegoś do mnie nie napisała. Komputer miał już swoje lata (nowego laptopa miałem dostać dopiero wtedy, gdy dostanę się na odpowiednie studia), więc zdążyłem jeszcze wrócić do kuchni po coś do picia.
Wracając usłyszałem, jak moja siostra pisze jak wariatka na klawiaturze. Byłem pewien, że właśnie opisywała mięśnie i uśmiech Raimunda swoim przyjaciółkom na grupowym czacie. Westchnąłem i wróciłem do siebie, zamykając szczelnie drzwi. Ledwo podszedłem do komputera i zauważyłem w rogu monitora informację: nieznajomy przesyła wiadomość.
O tej godzinie?
Pewnie kolejna wróżka Elwira chce mnie uratować od klątwy. Doprawdy, te wiadomości-łańcuszki robiły się irytujące.
Wywołałem okienko z zamiarem zablokowania użytkownika, ale moją uwagę przykuła treść.

Nieznany numer:
cześć pierre! yu rai  :D

Zamarłem. Wpatrywałem się w ciąg literek. Na litość boską, jak można być tak nachalnym?
Usiadłem do komputera i odpisałem mu szybko.

Ja:
Skąd masz mój numer?

Czekałem chwile na odpowiedź.

Nieznany numer:
od twojej siostry =)

Spojrzałem na listę moich znajomych. Alicja była dostępna na gadu i miała opis: Poznawanie nowych ludzi jest super! :P:* 3xA
— Co za głupie dziewczę — oceniłem. Powinni zakazać posługiwania się emotkami.

Ja:
W sumie mogłem się domyślić.

Nieznany numer:
paamietaj ze jutro smigamy na roweryu!

Ja:
Pamiętam, Raimundo.

Liczba błędów, jakich się dopuszczał, piekła mnie w oczy. Powstrzymałem chęć, by zwrócić mu uwagę, że skoro już po północy, to widzimy się dzisiaj, ale nawet ja miałem jakieś granice bycia upierdliwie dokładnym.
Upierdliwie, hm…?

Nieznany numer:
nie mów do mnie raimundo! jestem rai!!!!

Ja:
Ze zwykłej złośliwości dodam Cię do listy kontaktów jako Upierdliwy Raimundo

Upierdliwy Raimundo:
:D

Och... Kreatywna odpowiedź. Chwilę później znów napisał.

Upierdliwy Raimundo:
ej! wiesz ze mamy naprzeciwko siebie okna?

— Że co?! — Prawie spadłem z mojego obrotowego krzesła.
Z niedowierzaniem wstałem i wyjrzałem dyskretnie przez szybę. Faktycznie widziałem okno sąsiadów, a w pokoju niebieską poświatę monitora. To znaczy, że ktoś korzystał z komputera. I ten ktoś właśnie rozmawiał ze mną na komunikatorze.
Jednym ruchem zasłoniłem rolety.
Odpisałem, stawiając na końcu twardą kropkę.

Ja:
Cóż za szczęście.

Upierdliwy Raimudno:
ja to się kłade spac pierre :D do dzisiaj do póxniej

Ja:
Dobranoc.

Raimundo zniknął z komunikatora, nie pozostawiając żadnego opisu. I ja czym prędzej tak zrobiłem. Poszedłem do łazienki, przemyłem się, a potem ubrany w nową piżamę, położyłem na łóżku. Tak było zdecydowanie chłodniej.
Wpatrywałem się w sufit. Myślałem o tym, jak irytujący i upierdliwy okazał się być ten Rai. Dużo gada, mało myśli, a na dodatek…
Właśnie nazwałeś go Raiem, zauważył cichy głosik w mojej głowie.
Brawo, Pierre.









Wpis drugi
Sierpień 2009


Mimo nadziei na deszcz, powitał mnie piękny i słoneczny poranek. Przez całą noc liczyłem na nadejście gwałtownej burzy, która uchroniłaby mnie przed umówionym spotkaniem z Raimundem, ale jak na złość, utrzymywała się przyjemnie letnia pogoda. Niebo było obrzydliwie błękitne, a słońce grzało. Nie widziałem ani jednej chmurki. Byłem zmuszony dotrzymać obietnicy i to był jedyny powód, dla którego tak wcześnie zwlokłem się z łóżka. Wolałem ruszyć przed największym upałem.
Wziąłem szybki prysznic, po czym zszedłem do kuchni, aby zgarnąć śniadanie. Miałem to szczęście, że przeważnie już na mnie czekało, gdyż młodsza siostra miała fazę na bycie kucharką, a ja to niecnie wykorzystywałem. Dzisiaj uraczyła mnie naleśnikami z dżemem i czekoladą. Zdążyła nawet pozmywać, więc kuchnia lśniła czystością. W takich momentach jak ten myślałem, że coś z niej wyrośnie, ale potem zaczęła szczebiotać przez telefon z jakąś znajomą. Czasem zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będę dogadywać się z siostrą.
Uprzejmie podziękowałem za jedzenie, ale Alicja była zbyt zajęta rozmową. Wróciłem do pokoju, chcąc delektować się śniadaniem we własnych czterech kątach.
Nie lubiłem, gdy w pokoju panował bałagan, dlatego często tu sprzątałem, choć to należało do cech rodzinnych. Każde z naszej czwórki pragnęło czystości bardziej niż komunikacji. Efektem tego były zawsze posegregowane ubrania w mojej szafie, a rzeczy na biurku leżały równolegle lub prostopadle do siebie. Szafkę obok, bez ziarenka kurzu, wyłożyłem książkami, płytami i grami. Na jednej z półek stało pudło z moimi dodatkowymi materiałami do nauki. Posiadałem ich całe pliki, które kochałem porządkować i umieszczać w odpowiednich segregatorach.
Miałem też przywilej posiadania telewizora w pokoju, stojącego z konsolą na komodzie, w której trzymałem bieliznę, a także pozostałe ciuchy, nienadające się do noszenia latem.
Wszystko w pokoju stało w odpowiednich od siebie odległościach, abym bez problemu mógł podjechać do każdej rzeczy na moim krześle na kółkach. Podłoga była już przez to trochę porysowana. I chociaż rodzice za to krzyczeli, przypominałem im, że przecież według nich jestem leniwy.
Zasiadłem więc na moim tronie, przysunąłem się do komputera, odruchowo wszedłem na Gadu, włączyłem muzykę i zajrzałem na stronę z informacjami ze świata, zajadając się naleśnikami. Ktoś kogoś zamordował, tutaj skorumpowano członka rządu, a tam spłonął dom. Wzruszyłem bezradnie ramionami.
To dopiero znieczulica społeczna. Czasem się zastanawiałem, co tak naprawdę pompuje ten szlam w moich żyłach, bo to nie mogło być serce.
Spojrzałem na Gadu, ale Raimunda dalej nie było, a więc uznałem, że wyprawa rowerowa była jedynie lekko rzuconym hasłem, którym niepotrzebnie zawracałem sobie głowę.
Przeniosłem się na łóżko i włączyłem telewizor. Marnowanie prądu było jedną z moich specjalności. Nawet na coś tak głupiego jak dokument o zjawiskach paranormalnych (w które nie wierzyłem, ale lubiłem się od czasu do czasu pośmiać). Skupiłem się na nim, ale, gdy mijał czas, coś coraz bardziej mnie dekoncentrowało. Minęło pół godziny, godzina…
Nie było żadnego odzewu ze strony Raimunda. Może na szczęście zrezygnował z całej tej wyprawy?
Jego… brak zainteresowania zaczął być irytujący. Nie chciałem jechać, ale jeżeli z kimś się umawia, to powinno się dochować terminu.
Z drugiej strony… nie uzgadnialiśmy konkretnej godziny. Tyle że ja zawsze jeździłem na rowerze przed południem. Jeżeli już na rower się zebrałem.
Nie żeby mnie to interesowało, ale powinien chociaż spotkanie odwołać. Zacząłem palcami wystukiwać nerwowy rytm. No nie, chyba mnie nie wystawił? Zresztą wcale mnie to nie interesowało.
Podszedłem do komputera i zobaczyłem, że dalej nie ma go na Gadu. Nie oszukujmy się. W dzisiejszych czasach ten komunikator to prawie dowód na to, że jeszcze żyjesz i cię nie zamordowali. Może po prostu lubił spać?
By się o tym przekonać podszedłem dyskretnie do okna i jeszcze bardziej dyskretnie przez nie wyjrzałem, wystawiając jedynie czubek głowy. Rolety w jego pokoju były zasłonięte. A to ciekawe... Nie, stop! Wcale nieciekawe. Co mnie to obchodziło?
Czyżby mnie olał?
Mnie?
To aż niewiarygodne. Nie powinienem się tym tak przejmować, ale właśnie w tym momencie wychodziłem z domu i szedłem do niego. Co za nonsens. Bycie tak nachalnym nie grało z moją naturą.
Nie mogłem się już jednak wycofać, gdy zadzwoniłem do domofonu.
— Tak? — odezwał się lekko zmodyfikowany głos dziewczyny.
— Cześć… erm… Andżelika? Tu Pierre — przedstawiłem się szybko. — Twój nowy sąsiad. Jest Rai... Raimundo? — poprawiłem się szybko.
— Rai?! — krzyknęła tak głośno, że aż odskoczyłem od urządzenia. — Rai?! Poczekaj. — Musiała odsunąć się od słuchawki, ale i tak usłyszałem jej słodki krzyk. — Adam! Gdzie Rai?! — Chwila ciszy. — To idź po niego!
— Nie trzeba — powiedziałem szybko. — Ja...
— Jak to śpi?!
Śpi...?
— Sorka, Pierre, ale mój głupi, starszy brat chyba jest niedysponowany. Czekaj... — Ktoś do niej mówił. — Pierre tu jest po ciebie, kretynie! — Znów cisza. — Rai prosi, abyś dał mu z dwadzieścia minut.
— Przekaż, żeby tym razem sam się po mnie pofatygował.
— Słusznie — przyznała. — Do zobaczenia, Pierre.
— Dzięki. Na razie.
Rozłączyła się, a ja wróciłem do domu. To ja tu się zastanawiam, a on po prostu sobie śpi? I dlaczego mnie to tak denerwowało?
Po drodze zajrzałem do garażu i przygotowałem rower. Po dłuższym zastanowieniu przebrałem się w lżejsze ciuchy, po czym napełniłem bidon zimną wodą. Usiadłem w kuchni i czekałem. Dwadzieścia minut? Ile czasu można się ubierać…?
Miejmy to za sobą, poprosiłem w myślach, gdy zadzwonił domofon.
— To do mnie — rzuciłem do Alicji, która już zrywała się z sofy, aby odebrać.
— Do ciebie? — zdziwiła się. — Przecież ty nie masz znajomych.
— To nie znajomy, to Rai — odparłem ciężko. — Raimundo!
Alicja wpatrywała się we mnie z wielkimi oczami.
— Rai?
— Tak.
— Ten… Ten sąsiad? — dopytywała, podchodząc do okna w kuchni, które wychodziło na ulicę. Najwidoczniej nie mogła uwierzyć, że ktoś taki jak Raimundo mógłby mieć jakąkolwiek sprawę do mnie.
— Znasz innych Raiów? — prychnąłem. Domofon zadzwonił ponownie i dopiero wtedy odebrałem, choć wiedziałem, kto na mnie czeka. — Umówiliśmy się na rower.
— Tak?
— Joł! Tu Rai. Gotowy?
Westchnąłem ciężko.
— Miejmy to za sobą — powtórzyłem moje wcześniejsze myśli na głos.
— Cóż za optymizm — zażartował.
Odłożyłem słuchawkę
Ty idziesz na rower? — drążyła siostra, odprowadzając mnie pod drzwi do garażu, którego wrota otworzyłem przyciskiem. — Przecież ty nie potrafisz nawet pedałować.
Westchnąłem ciężko, ignorując jej uwagę, choć z jakiegoś powodu poczułem dziwny ucisk pod mostkiem. Wskoczyłem na rower i podjechałem do Raimunda, który już się szczerzył. Na swoim policzku miał jeszcze odciśnięty ślad poduszki.
— Nie uśmiechaj się, bo oślepnę — rzuciłem z ironią.
— Na to liczyłem — odparł niewzruszony. Wymieniliśmy się uściskami dłoni. Swoje schował w rękawiczki bez palców.
— Cześć, Rai! — zawołała Alicja, machając ręką z garażu.
— Cześć! — Odmachał jej z uśmiechem.
— Pilnuj Pierre’a, dobrze? Ostatni raz wykonywał jakikolwiek wysiłek fizyczny, gdy jeszcze był w przedszkolu i musiał wspiąć się na sedes.
Raimundo próbował zachować powagę, ale jego oczy go zdradziły.
— Nie musisz gdzieś zjeżdżać? — warknąłem w kierunku siostry.
Odpowiedziała mi wulgarnym gestem i zatrzasnęła za sobą drzwi. Wypuściłem powietrze z płuc, aby dać upust emocjom.
— To gdzie jedziemy? — zapytał Raimundo.
— Wybrałem jedną trasę, którą dość często jeżdżę. Głównie prowadzi przez las, ale przy okazji zahaczymy o kilka ciekawych punktów. Oczywiście o ile można stwierdzić, że tu jest coś ciekawego.
— Widzę, że wszystko masz dokładnie zaplanowane — stwierdził z uznaniem.
Dlaczego się cały czas uśmiechał?
Wzruszyłem ramionami.
— Zawsze tak robię. Lepiej mieć plan niż go nie mieć.
Rai jednym ruchem wskoczył na rower i we dwójkę ruszyliśmy w stronę lasu. Między drzewami było duszno i parno.
Wybrałem wyczerpującą trasę złożoną z pagórków, korzeni oraz wszystkiego, co można spotkać w lesie, ale Raimundo zdawał się czuć więcej radości i przyjemności, niż zaplanowanego przeze mnie zmęczenia. Co więcej, utrzymywał szybkie tempo, a ja nie chciałem pozostać gorszy, wbrew temu, co mówiła moja siostra. Wcale nie miałem aż tak kiepskiej kondycji.
Po pewnym czasie jednak to ja zacząłem tracić oddech. Pot lał się ze mnie, a tego nienawidziłem. Włączyły się moje kompleksy, ale Raimundo zdawał się nie zauważać, jak okropnie wyglądam. Śmiał się głośno, gdy znów udało mu się podskoczyć na rowerze, wykorzystując do tego nierówność na drodze. Jego brak spostrzegawczości na coś się przydawał.
Po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymaliśmy się nad jeziorem. Nie było ono duże, ale nadawało się do tego, aby czasem przy nim usiąść i odpocząć. Niektórzy nawet łowili w nim ryby.
Skorzystaliśmy z okazji i razem z Raimundem usiedliśmy w cieniu licznych drzew. Obaj pociągnęliśmy mocne łyki z bidonów. Mój sąsiad otarł czoło frotką, po czym przeciągnął się cały zadowolony. Najwidoczniej wysiłek fizyczny sprawiał mu radość. Ja wpatrywałem się w dal, aż dotarło do mnie, że na przeciwległym brzegu siedziały trzy dziewczyny i korzystały z tego, że prażące słońce za niczym się nie chowało.
— Jak ci minęły wakacje? — zapytał Raimundo. Chociaż miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, widziałem, że przygląda się dziewczynom.
— Znośnie — odpowiedziałem. — Wynudziłem się za wszystkie czasy. A tobie? — dodałem po chwili. Ciekawiło mnie, co osoba kochająca ruch mogła robić w trakcie lata.
— Musiałem pracować, bo chciałem polecieć na wakacje do Barcelony, ale się nie udało. — Westchnął ciężko. — Spróbuję po maturach.
— Co ci przeszkodziło?
— Brak pieniędzy. — Roześmiał się. — Poza tym rodzice stawiali nowy dom, a nie chciałem ich narażać na dodatkowe koszty. Moja praca wcale nie dawała mi dużych zysków.
— Czemu zdecydowaliście się mieszkać na przedmieściach? — Spojrzałem na niego. Dalej się uśmiechał. — Nie ma tu nic fajnego.
— Jest — odpowiedział, odwracając głowę ku mnie. Dostrzegłem swoje odbicie w jego okularach przeciwsłonecznych. — Moi rodzice zawsze marzyli o domku. Myślę, że spełniają marzenia.
Pokręciłem głową i przeniosłem wzrok na jezioro, nie mogąc znieść widoku swojej twarzy w okularach Raia. Było brudne, ale na szczęście nie śmierdziało. Przeleciała koło mnie ważka, więc natychmiast uniosłem dłoń, gotów ją gdzieś odbić.
— Te dziewczyny cały czas się na nas patrzą — zauważył Raimundo i im pomachał. A ja drgnąłem, zaskoczony. One wymieniły się spojrzeniami i odwzajemniły gest, prężąc się przy tym nieco dziwnie. Wymieniły się szybko uwagami i dało się słyszeć chichot.
— Po co to zrobiłeś? — Skuliłem się, licząc na to, że mnie nie dostrzegły. Przecież byłem spocony i cały czerwony na twarzy. Łatwiej było je ignorować.
— Chciałem być uprzejmy — odparł z uśmiechem. — Poza tym, bywam towarzyski.
— Zauważyłem. Zawsze taki byłeś?
Zaśmiał się cicho i odchylił głowę w tył, eksponując przy tym jabłko Adama.
— Nie — odparł krótko. — Masz kogoś, Pierre? — dopytał, ponownie przyglądając się dziewczynom.
— Na własność?
— Chodzi mi o dziewczynę.
— Gdybym miał, pewnie by mnie tu nie było — odparłem.
— A miałeś?
— Piszesz o mnie książkę? — Uniosłem pytająco brew, na co on znów się roześmiał.
Dlaczego cały czas się śmiał?
— Nie, ale z chęcią bym ją przeczytał — odpowiedział. — Wybacz, nie chciałem być wścibski. Po prostu myślę, że one by się z tobą chciały umówić.
— Szczerze wątpię — wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
Rai wyczuł coś w moim głosie i nie kontynuował tematu. Za to wstał i przeciągnął się, zdecydowanie za bardzo obnosząc się ze swoimi bicepsami. Choć, musiałem przyznać, ładnie pracowały pod jego gładką skórą. Teraz, na tle złotego słońca, przypominał jeden z greckich posągów, które tyle razy widziałem w moich podręcznikach do historii. Zaskoczyły mnie te myśli i to porównanie, zwłaszcza że bardzo lubiłem okres starożytnej Grecji oraz jej mitologię i nie chciałem, aby ktoś taki jak Raimundo mi się z nią kojarzył.
Zrobiło mi się jeszcze cieplej.
— Jedziemy dalej? — zaoferował.
Pokiwałem gorliwie głową. Byle jak najdalej od tej krępującej sytuacji i myśli.
Jeździliśmy na rowerach jeszcze przez jakiś czas. Dojechaliśmy do podmiejskich wsi i wróciliśmy inną trasą, aby uniknąć monotonii. Raz się nawet zgubiliśmy, zatrzymując się na końcu ślepej uliczki, za którą znajdowało się już tylko wielkie pole.
— Byłem pewien, że tu była droga… Nie śmiej się! — syknąłem, gdy on zakrył usta dłonią. — Znam okolicę jak własną kieszeń!
— Czy ja coś mówię? — zapytał. — Nie muszę. Wielkie pole przed nami mówi samo za siebie.
Ostrzegawcze spojrzenie zamknęło mu usta.
Poprawną drogę odnaleźliśmy kilka minut później, już więcej nie zabłądziliśmy, jednak tym razem pilnowałem trasy ze zdwojoną ostrożnością.
W końcu, wyczerpani, wróciliśmy na nasze osiedle.
Musiałem przyznać, że chłopak miał w sobie nie lada krzepę. Byłem bardziej zmęczony od niego, ale moja duma nie pozwalała mi tego przy nim okazać. Na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie i rozeszliśmy się. Dopiero odstawiając rower w garażu pozwoliłem sobie na oparcie się o ścianę i złapanie kilku głębszych oddechów.
Moje nogi drżały, a do tego gdy stawiałem kroki, miałem dziwne wrażenie,  jakby wciąż umykał mi stopień na schodach.

***

Powoli zaczynało się ściemniać, a mój żołądek dał znać, że nie dostał nic od śniadania. Wściekle zawarczał, bo nie zjadłem dziś obiadu, za to spaliłem bardzo dużo energii. Jednak chęć bycia czystym wygrała, więc po krótkim, ale jakże przyjemnym prysznicu wróciłem do kuchni i ograbiłem lodówkę. Mama obserwowała mnie uważnie, z wyraźną konsternacją na twarzy.
— Długo cię nie było.
— Zgubiłem się w polu pszenicy.
— Alicja mówiła, że jeździłeś na rowerze — dodała, jakby nie do końca w to wierzyła.
— Tak. Przez bite kilka godzin.
— Skąd ta motywacja?
— To wina Raimunda — odparłem zmęczonym tonem. — Chciał poznać okolicę i cały czas gdzieś jechać i…
— Raimundo — przerwała mi. — Ten chłopiec od nowych sąsiadów?
I, o dziwo, bardzo się tym podekscytowała. Przyjrzałem się jej i zmarszczyłem czoło. Zamknąłem drzwi od lodówki z trzaskiem.
— Nie będziemy przyjaciółmi — zaznaczyłem z mocą.
— Och, Pierre. Ja nic nie mówię. Cieszę się, że znalazłeś kogoś, z kim możesz spędzać czas. Wczoraj był taki towarzyski i otwarty. Mógłbyś być bardziej jak on.
Poczułem jak robię się czerwony na twarzy.
— Cóż, utknęliście z wadliwym i introwertycznym modelem Pierre’a — odpyskowałem.
— Nie to miałam na myśli.
— Ale najwidoczniej chciałaś użyć tych słów. Idę zjeść u siebie — oznajmiłem.
Zamknąłem się u siebie w pokoju. Drzwi trzasnęły mocniej niż zamierzałem, ale nie miałem wyrzutów sumienia. Porównywanie mnie do chłopaka, którego widzieli raz w życiu i uznanie go lepszym ode mnie? Oczywiście.
Zdenerwowany włączyłem komputer, pochłaniając z talerza cały obiad w kilka minut, aż mnie zabolało gardło od intensywnego przełykania. Popiłem szybko wodą.
Obejrzałem film, który opowiadał o człowieku niesłusznie oskarżonym o zabójstwo, ale wytrzymałem jedynie do połowy. Wszedłem na Gadu, aby zobaczyć, czy Milena, coś napisała, ale to wiadomości od Raimunda wyświetliły się jako pierwsze. Nie był już jednak dostępny, więc nie planowałem mu odpisywać.
Zwłaszcza, że zaoferował wyjście na rower również i jutro, a ja czułem, że moje mięśnie mi na to nie pozwolą. Za to zostawił też swój numer telefonu z prośbą, abym puścił mu sygnał.
Sięgnąłem po swoją komórkę (motorola z klapką) i niechętnie zapisałem numer. Przynajmniej będę wiedzieć, kiedy nie odbierać. Następnie zadzwoniłem i rozłączyłem się po pierwszym sygnale.
Dlaczego rodzice woleliby, abym był taki jak Raimundo? Co on miał, czego ja nie miałem?
Przechadzałem się po pokoju, wracając myślami do słów mamy. Przy okazji prawie się zabiłem o rzucone spodnie. Warknąłem pod nosem, przeniosłem je na krzesło, aby pamiętać o tym, że czas dać je do prania. Zdałem sobie sprawę, że było już ciemno, a pokój wyglądał ponuro w bladym świetle monitora.
Możliwe, że reszta rodziny poszła już spać. Podszedłem do okna i otworzyłem je szeroko. Oparłem się o parapet i wpatrywałem w budynek przed sobą, który odciął mi widok na główną drogę i las. Teraz miałem przed sobą okna, a jedno z nich należało do Raimunda. Widziałem błękitną poświatę, wypełniającą jego pokój, więc zapewne przeglądał coś na komputerze.
Dlaczego miałbym być taki jak on?
Nie chciałem się do tego przyznawać, ale słowa mamy odrobinę mnie zabolały. Wiedziałem, że nie jestem spełnieniem snów w kwestii bycia czyimś dzieckiem, ale cholera, zawsze byłem posłuszny, zawsze miałem dobre stopnie, zawsze dbałem o czystość w domu. Nie miałem dużo obowiązków, ale te, które mi przypisano, wypełniałem.
A więc dlaczego miałbym być taki jak on?
Czego mi brakowało?
Odsunąłem się od okna i wylądowałem w łóżku.
Pomyślmy. Raimundo był towarzyski, otwarty i sprawiał naprawdę dobre pierwsze wrażenie, podczas gdy ja wyglądałem, jakbym chciał kogoś dźgnąć sztyletem. Na pewno był też pewny siebie, czego nie mogłem powiedzieć o sobie. Może to ze względu na jego muskularną posturę? Może czuł się pewniej, bo wyglądał jak grecki bóg?
Zapiekły mnie policzki, gdy ponownie wyobraziłem go sobie jako posąg ze starożytnej Grecji. Albo raczej jako modela, którego piękne ciało ktoś próbuje uwiecznić w kamieniu, na jednej z kolumn. Może w stylu korynckim? Nie, ten był dla mnie zawsze zbyt „krzykliwy”. W stylu jońskim, tak. Zdecydowanie.
Wspaniałość jego ciała mogła równać się z posągami greckiego panteonu. Nie do końca wiedziałem dlaczego moja wyobraźnia galopowała pod koszulkę Raimunda i czemu stawiała go na szczycie zdobionej kolumny, odzianego w białą togę, bez tuniki. Jego śniada skóra piękne kontrastowała z białym jak śnieg materiałem…
I w momencie gdy toga miała opaść, zsuwając się po kolumnie, po pokoju rozszedł się dźwięk nadchodzącej wiadomości tekstowej.
Drgnąłem i usiadłem na łóżku. Sięgnąłem po telefon i odczytałem wiadomość od Raimunda:

domyslam sie ze pierre? :P fajny masz numer zwłaszcza koncowka 69

Ściągnąłem usta. Co za prostacki żart, a ja go prawie zrównałem z greckimi bogami. Spróbowałem wykasować z pamięci wyobrażenie sprzed kilku chwil i ponowne zerknięcie na telefon mi w tym pomogło.
Wyłączyłem komputer, zamknąłem okno i opuściłem rolety. Nie wiedziałem czemu, ale wciąż piekły mnie policzki, mimo iż obiecałem sobie nie myśleć już o słowach mamy i wyobrażeniu Raia na greckiej kolumnie.
Przebrałem się w piżamę i położyłem na łóżku. W domu panowała już cisza, gdy moje myśli znów pogalopowały w kierunku mojego sąsiada, ale tym razem nie udało mi się go zrzucić z kolumny, na którą powrócił.