Wejść na bloga (od 22.04.2012)

poniedziałek, 23 lutego 2015

DP-LUW - Wyjątkowy wrzesień Leona



UWAGA! ZAWIERA SPOILERY CO DO FABUŁY OPOWIADANIA!



Wyjątkowy wrzesień Leona



Wrzesień 2014
PORTRET
            Leon wpatrywał się w jabłko z wielkim pożądaniem. Wpatrywał się w nie, jakby było jedyną, najważniejszą rzeczą na świecie. Te czerwone krągłości, ta lśniąca skórka, prosząca o to, by wbić w nią swoje ostre, nieprzyzwoicie białe zęby, które, swoją drogą, miały prawidłowy zgryz.
            Nabrał powietrza, delektując się słodką wonią, przyjemnie łaskoczącą nozdrza. Jęknął głośno, wyrażając pragnienie skosztowania owocu.
            – Możesz się nie wygłupiać? – Usłyszał, jakby z oddali, zbyt zajęty fascynacją jabłkiem.
            – Niewiele mi zostało, kochanie – warknął w stronę Mikołaja. Jego chłopak wychylił się zza palety, mrużąc oczy. – Od godziny dla ciebie pozuję i robię się, nie będę ukrywał, napalony.
            Mikołaj ściągnął usta. Jakiś czas temu przypomniało sobie, że od dawana nie malował. Gdy wyciągnął farby, Leon doskonale wiedział, co to oznaczało. Dlatego teraz, półnagi, leżał na kanapie w ustawionej przez Mikołaja pozie. Bolały go nogi od nienaturalnego wygięcia, ręka już drżała, a szyja zaczynała sztywnieć.
            Jedyne co mu pozostało, to trenowanie żądzy na jabłku.
            Mimo wszystko Leon wiedział, że Mikołaj po prostu chce zająć myśli swojego chłopaka przed ważnymi wydarzeniami w jego życiu. On sam nie przejmował się zmianą pracy, ale to był uroczy gest.
            – Jeszcze trochę – stwierdził malarz, sunąc wzrokiem po nagim torsie Leona. Bez swojego wilczego kła, który zdjął na czas malowania, wydawał się bardziej obnażony niż kiedykolwiek.
            Mikołaj już widział go w stroju Adama, ale zawsze miał na sobie rzemyk z kłem. Jego brak naprawdę psuł całokształt.
            Leon sapnął bezradnie. Obiecał pomoc, więc teraz nie mógł się wycofać. Poza tym naprawdę nie miał za wiele do roboty.
            Nową pracę zaczynał dopiero od poniedziałku i właśnie leciał drugi tydzień jego „wolnego”. Wolał to tak nazywać niż „bezrobocie”. Po prostu zmieniał działalność z drobną przerwą, którą wykorzystywał na obejrzenie zaległych filmów lub przeczytanie książek. Brak obowiązków doprowadził do tego, że posprzątał cały loft (bez nadzoru Mikołaja, aby zrobić mu niespodziankę).
            Próbę powrotu do sztuki przerwał Aksel, który nagle zainteresował się jabłkiem trzymanym przez właściciela. Usiadł pod kanapą i, merdając ogonem, starał się zwrócić na siebie uwagę.
            Mikołaj cmoknął.
            – Aksel, proszę, przesuń się.
            Pies zdawał się być niezrażony. Podobnie do pana, zapałał żądzą do owocu. Mikołaj westchnął ciężko. Podobieństwa między Leonem a jego psem były czasem przerażające.
            – Dobrze, poddaję się – oznajmił bezradnie, odkładając pędzel. – Dokończymy kiedy indziej.
            – Dzięki, bejb! – Leon prawie krzyknął, a następnie rzucił się na jabłko. Wpił zęby w miąższ i odgryzł spory kawałek. –  iPies.
            Mikołaj pokręcił głową na ten słaby żart. Leon dźwignął się z kanapy i przeciągnął. Tak jak się tego spodziewał, bolały go mięśnie. Pozowanie czasem było bardziej męczące niż wizyty na siłowni.
            – Ubierz się. – Mikołaj rzucił mu kieł na rzemyku. Leon roześmiał się.
            – I nic więcej?
            – Jeżeli jest ci zimno…
            Leon żuł kawałek jabłka, a następnie przełknął głośno, poruszając własnym jabłkiem Adama. Mikołaj uważał to za niezmiernie seksowne. Nie przełykanie, a samą pracę grdyki. On sam nie mógł się nią za bardzo pochwalić, chyba że odchylił głowę, ale wtedy wyglądał dziwnie.
            – A jak nie jest mi zimno?
            – Możesz zostać w tych bokserkach.
            Bielizna była zwykła, czarna. Zdradzająca myśli odzianego.
            – Zabijasz moją grę wstępną, wiesz?
            Mikołaj chował farby, uśmiechając się pod nosem.
              Powinieneś się już przyzwyczaić.
            – To nie.
            Wzruszył ramionami i minął Mikołaja, krocząc w kierunku kuchni. Golden ruszył za nim, dalej zapatrzony w jabłko.
            Mikołaj zmarszczył czoło. W kwestii seksu u Leona nigdy nie istniało „to nie”.
            Gdy obserwował plecy swojego chłopaka, ten właśnie szukał czegoś w kuchni. Cokolwiek to było, musiał się schylić, wypinając w stronę malarza.
            Chłopak odchrząknął.
            – Coś nie tak? – zapytał Leon.
            – Nie. Nic.
            Jednak widok ciała w samych bokserkach i rzemyku z kłem był zawsze pobudzający. Leon wyprostował się i przeciągnął, eksponując mięśnie. Takie, których sam Mikołaj nie mógł mieć. Był za chudy, za wątły.
            Ale Leon…
            Psi chłopak oparł się o blat i ponownie ugryzł jabłko, a dźwięk wbijanych zębów w twardszą skórkę rozszedł się po lofcie.
            – Co tak patrzysz?
            – Nic.
            Uniósł brew, gdy Mikołaj rozpiął koszulę i odrzucił ją na kanapę. Przeczesał dłońmi czarne włosy, rozpuszczając je. Ponownie opadły mu grzywką na czoło. Ręka Leona zaświerzbiła, aby móc je zmierzwić. Jednak zamiast tego ponownie ugryzł jabłko.
            Wpatrywali się tak w siebie przez jakiś czas z dwóch części mieszkania.
            Po chwili czarnowłosy rozpiął rozporek i jego zdecydowanie za luźne spodnie opadły na podłogę. Wyszedł z kałuży materiału i boso przemaszerował przez pomieszczenie, docierając do kuchni jedynie w białej bieliźnie, która prawie zlewała się z jego bladym ciałem.
            Leon obserwował go przez chwilę, czekając na kolejny krok. Jego chłopak, kompletnie niewzruszony, oparł się o drugi blat i westchnął lekko, gdy jego skóra zetknęła się z zimnem.
            – Och, pieprzyć to. – Leon rzucił jabłkiem w bok, nie patrząc dokładnie gdzie leci i podszedł do prawie nagiego chłopaka. – I to też – dodał, gdy już stanął przed nim.
            Uklęknął, zsuwając szybkim ruchem ostatni materiał z ciała ukochanego.


GITARA
            W trakcie swojej przerwy Leon, podpatrując to u Mikołaja, który wrócił do malowania, również powrócił do swojego dawnego hobby. Sam był zaskoczony tym, jak dawno nie grał na gitarze. Instrument –  lub jak mówił na nie pieszczotliwie Leon –  „wiosło”, wisiał na ścianie i od jakiegoś czasu  jedynie się kurzył.
            Gdy pewnego dnia siedział sam w domu (Mikołaj był w pracy), przygotował obiad, obejrzał kilka odcinków serialu i stwierdził, że nie ma co robić, jego wzrok padł na gitarę.
            Ściągnął brązowy instrument, przejechał dłońmi po zakurzonych strunach. Drapały przyjemnie opuszki jego palców. Ach, pamiętał te dni, gdy brzdąkał bez końca, często w Parku Bydgoskim, siedząc w cieniu drzewa.
            Nie był najlepszy, ale wystarczyło nauczyć się kilku chwytów i już można było umilać czas muzyką.
            Następnych dziesięć minut spędził na przeszukaniu szuflad, aby w końcu znaleźć kilka kostek.
            Aksel z chęcią kręcił się obok, jakby i on tęsknił za dniami, w których leżał w parku na ciepłej trawie i słuchał gitary.
            – Dobra, tylko się nie śmiej – upomniał psa, siadając na kanapie. – Dawno nie grałem.
            Odpowiedzią było szczeknięcie. Prawdopodobnie na znak zgody.
            – Jesteś najlepszy.
            Pierwsze dźwięki wydobyły się zaraz po tym, jak nastroił gitarę. Dobrze było znów szarpać struny, choć na początku powoli i ostrożnie.
            Leon odświeżał swoje umiejętności, a nawet włączył komputer, aby odświeżyć sobie niektóre chwyty. Uczył się ich samodzielnie, siedząc w pokoju i powtarzając je bez przerwy, gdy jeszcze chodził do liceum.
            A więc grał, powtarzał, przypominał sobie, jak dobrze się wtedy czuł. Zatracał się w tym, gubiąc pod drodze poczucie czasu. Drgnął, słysząc szczęk zamka. Dopiero to mu przypomniało, że miał podgrzać obiad dla swojego chłopaka, a ten był już w mieszkaniu.
            – Cześć. Miałem okropny dzień w pracy – rzucił i spojrzał na Leona. – Gitara?
            – Jakoś mnie tak tknęło. – Odłożył ją na poduszkę i dźwignął się na równe nogi. – Zapomniałem ci podgrzać obiad! Sorry, bejb, już się za to... – zawahał się i wrócił na kanapę. – Poczekaj chwilę.
            Mikołaj zdjął buty i zawiesił płaszcz na wieszaku, rzucając ciekawskie spojrzenia w kierunku Leona. Jego chłopak wziął gitarę i zabrzęczał. Chwilę później zaczął grać.


I walk ten thousand miles,
ten thousand miles, to see you
And every gasp of breath,
I grabbed it just to find you 

I climbed up every hill to get to you
I wandered ancient lands to hold just you
and every single step of the way
I pay
Every single night and day 

I searched for you
through sandstorms and hazy dawns
I reached for you 

I stole ten thousand pounds,
ten thousand pounds to see you
I robbed convenience stores
'cause I thought they'd make it easier 

I lived of rats and toads and I starved for you
I fought of giant bears and I killed them too
and every single step of the way
I pay
Every single night and day 

I searched for you
through sandstorms and hazy dawns
I reached for you
I'm tired and I'm weak, but I'm strong for you
I wan' go home but my love gets me through


            Mikołaj stał tak chwilę, zasłuchany w to, co było śpiewane. Nagle znalazł się w pokoju Leona, w jego dawnym mieszkaniu. Siedział na jego starej kanapie, oparty o własną rękę, zapatrzony w gitarzystę.
            Widział młodszego o trzy lata Leona z bardziej nastroszoną fryzurą, z mniej zadbanym zarostem. W bluzie z kapturem i w bojówkach. Z bardziej niewyparzonym językiem, z mniej spokojnym spojrzeniem.
            Mikołaj poczuł delikatne ukłucie w okolicy serca. Podrapał się pod okiem, udając, że wcale się nie wzruszył. Zawsze mu się to udawało.
            – To już ponad trzy lata – szepnął, zbliżając się do Leona. Chłopak wyszczerzył zęby.
            – Hej, pamiętasz tę piosenkę!
            – Oczywiście, że pamiętam.
            Jednak ekscytował się dalej tak samo. Dalej wyzwalał głośno swoje uczucia. Dalej był Leonem, w którym Mikołaj się zakochał. Chociaż trochę się zmieniło.
            Chyba każdy się zmienia z biegiem lat. Najważniejsze jest to, aby zakochiwać się w nowych rzeczach. Teraz wiedzieli już więcej o miłości. O poświęceniu i zrozumieniu. O cierpliwości i namiętności.
            Sam Mikołaj poznawał świat na nowo, dzięki pomocy Leona.
            – Kocham cię – powiedział. Nieczęsto to mówił, bo znał wartość tych słów.
            – Kurwa, ja ciebie też kocham!
            – Uwielbiam, jak zaczynasz wyznanie od przekleństwa.
            – Wiem.
            Pocałowali się, a Leon wyszczerzył zęby. Choć Mikołaj lubił, gdy chłopak uśmiechał się w trakcie całowania, to jednak zawsze miał powód, aby to robić.
            – Co?
            – Nic. Po prostu słyszę twoje burczenie w żołądku. Jesteś głodny. – Odsunął się od niego i zmierzył wzrokiem.
            Mikołaj musiał skapitulować. Nie jadł nic od rana. Skrzywił się lekko, gdy burczenie się nasiliło.
            – Tak, zjedzmy coś.


TATA
            Wrzesień 2014 była dla Leona wyjątkowym miesiącem z trzech powodów. Pierwszym była jego nowa praca, którą miał zacząć już za kilka dni. Niestety to kończyło jego przygodę związaną z kinem, ale przez tych kilka lat zasłużył się tak bardzo, że dostał jeszcze trochę darmowych wejściówek.
            Idealne na randki.
            Drugie wydarzenie, które było zaskakujące, miało miejsce w połowie miesiąca. Tego dnia Leon tańczył po lofcie jedynie w bokserkach z napisem „Doggy Style” do piosenki Toni Basil „Hey, Mickey”. Towarzyszył mu Aksel, który powtarzał mniej więcej to co on, gdy wskakiwał  na kanapę lub materac i kręcił się w sobie tylko znanym układzie choreograficznym.
            Gdy zatrzymał się przed lustrem i zaczął wykonywać ciekawe ruchy biodrami, udając,  że się kocha z własnym odbiciem, zadzwoniła komórka. Cud, że to usłyszał, bo muzyka z głośników była ustawiona prawie na najgłośniejsze brzmienia.
            Przyciszył szybko muzykę i przyłożył telefon do ucha. Uśmiechnięty od ucha do ucha, ponownie zbliżył się do lustra i przyjrzał się swoim bokserkom.
            – Halo?
            Przez chwilę odpowiadała mu cisza.
            – Leon?
            Głos wydawał się zarówno bliski jak i odległy. Zapomniany, ale jedynie czekał, by ponownie pojawić się w pamięci. Leon zamarł, a jego bielizna i ruchy przestały być takie ciekawe.
            W sekundę zaschło mu w ustach, a dobry humor (oraz planowanie jak dzisiaj przywitać Mikołaja, gdy wróci do domu – w najlepszym scenariuszu w obroży i pod drzwiami) zniknął.
            – Tata?
            W wydechu rozmówcy usłyszał ulgę. Chyba ojciec ucieszył się, że syn odpowiedział, a nie rozłączył.
            – Czego chcesz? – Chłopak prawie nie poznał swojego tonu. Był lodowaty.
            Nawet Aksel skulił się pod nogami pana. Leon ukucnął, aby pogłaskać psa.
            – Chciałem… zapytać się co u ciebie?
            – Po sześciu latach? – warknął.
            – Leon…
            Tak dawno nie słyszał dźwięku swojego imienia wypowiadanego z rodzicielską czułością. To nie był ton smutnej matki. To był głos żałującego ojca. O wiele bardziej dobitny, o tyle silniejszy.
              Właściwie to – kontynuował jego tata. – Chciałem się spotkać i zapytać co u ciebie.
            – Całe studia… – mówił. – Tyle czasu, aby zapytać się co u mnie, a ty wybierasz ten dzień. Dlaczego? Co się dzieje?
            – Leon, naprawdę chcę się spotkać. Tylko tyle. Proszę – dodał.
            Jeszcze kilka lat temu Leon po prostu rozłączyłby się, a potem poszedł napić. Prawdopodobnie upiłby się w sztok i poszukał kogoś na jedną noc. A jeżeli by nie znalazł, odezwałby się do tych, których już zaliczył. A gdyby i to nie wypaliło, wróciłby wkurwiony do domu. Ochota na seks by przeszła i pojawiłaby się gorzka chęć sięgnięcia po papierosa. Wypaliłby kilka, delektując się chłodem i ciszą nocy, przeklinając rodziców, zbyt dumny, aby chcieć zrozumieć, że właśnie wyciągnęli do niego rękę.
            Bo tego dnia jego ojciec właśnie to zrobił.
            A Leon przez ostatnie trzy i pół roku związku nauczył się, że nie odtrąca się ręki, która chce pomóc. Nie odtrąca się też ręki, która sięga pod bokserki, a Mikołaj bardzo lubił to robić.
            Jednak wracając do rzeczy – co mu szkodziło?
            – Jasne – wykrztusił w końcu, chociaż jedna jego część kazała zrobić dokładnie to, co zrobiłby Leon na początku studiów.
            Ta odpowiedź musiała zaskoczyć ojca, bo nie mówił nic przez kilka chwil. Chyba nie spodziewał się tak szybkiej zgody.
            – Może dzisiaj? Po siedemnastej w parku. Przy kiosku, w którym zawsze kupowałem ci Kaczora Donalda
            Co środę, pomyślał Leon. Faktycznie, gdy był dzieciakiem, co tydzień dostawał Kaczora Donalda. To były prostsze czasy.
            – Ten kiosk dalej stoi? – zapytał. Oczywiście, że tak. Chłopak dalej kupował tam gazety lub gumy do żucia.
            – Tak.
            – W takim razie… do zobaczenia.
            – Tak, do zobaczenia.
            Leon rozłączył się, nabrał powietrza i pocałował Aksela w czubek głowy. Następnie wybrał nowy numer i usiadł na zimnej podłodze. Serce biło mu zaskakująco szybko.
            – Tak, mój psie? – Mikołaj odebrał po drugim sygnale. Leon uśmiechnął się delikatnie pod nosem.
            – Hau, hau – odpowiedział. – Jest sprawa.
            – Tak? Co się stało?
            Kolejna rzecz, za którą kochał Mikołaja. Choćby się paliło i waliło u niego w biurze, zawsze znalazł czas, aby z nim porozmawiać.
            – Cholera, nie wiem do końca! Mój ojciec chce się ze mną spotkać.
            Mikołaj milczał przez chwilę.
            – Twój tata? – powtórzył. – Po co?
            – Chce się dowiedzieć… co u mnie?
            Rozmówca znów przetwarzał informacje.
            – I co mu powiedziałeś?
            – Że… nie ma sprawy. Dobrze zrobiłem? Powinienem? Jestem zły!
            – Dobrze zrobiłeś. Powinieneś. Wiem, że jesteś. Ale… – zawahał się. – Niech chociaż jedno z nas naprawi kontakt z rodzicami. A przynajmniej spróbuje.
            – Miki – jęknął smutno. – Miki, hej. To nie twoja wina. Twoi rodzice…
            – To też wiem.
            – Hey, Miki you’re so fine, you so fine you blow my mind, hey Miki…
            Chłopak parsknął śmiechem, a Leon uśmiechnął się.
            – Spotkam się z tatą – oznajmił.
            – Dobrze. O której?
            – Piątej.
            – Będę trzymał kciuki.
            – Dzięki, bejb. Jesteś najlepszy.
            – To także wiem.
            Leon roześmiał się. Pożegnali się i rozłączyli. Chłopak siedział tak jeszcze przez kilka minut, aż w końcu stwierdził, że pora się ubrać.
           
***

            Na spotkanie z ojcem poszedł z Akselem. Po pierwsze – potrzebował dzisiaj towarzysza. Po drugie – chciał wykorzystać psa do ewentualnego pretekstu, aby się ulotnić. A po trzecie – chciał zobaczyć reakcję ojca na dorosłego już goldena, którego kupił jako prezent dla syna.
            Jego tata już tam czekał. Przez tych kilka lat zdążył trochę przytyć. Miał krótsze, przerzedzone włosy, delikatnie siwe w niektórych miejscach.
            Wszyscy mówili, że panowie wyglądają podobnie. Ten sam nos, oczy, usta i nieco spiczaste uszy (specjalnie dzisiaj założył kolczyki, których już nie zwykł nosić) oraz wzrost, długie ręce i nogi.
            Niewiele odziedziczył po matce. Nawet go to cieszyło. Chociaż liczył, że w przyszłości będzie miał silniejsze włosy.
            Ojciec rozpromienił się na widok syna, co ozdobiło jego twarz kilkoma zmarszczkami. Ten gest wcale go nie postarzył. Jedynie dodał do dojrzałości. Leon pomyślał, że to mógłby odziedziczyć.
            Aksel wyrwał się do przodu, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, kim jest mężczyzna przed nimi. Jego właściciel syknął i zatrzymał go, po chwili żałując, że lekko przydusił psa smyczą. Nienawidził tego robić.
            Pozwolił, aby zwierzak podbiegł do taty. Ten natychmiast ukucnął i przywitał się głaskaniem.
            Leon zatrzymał się w bezpiecznej odległości i czekał aż ojciec się wyprostuje. Gdy to zrobił, wyciągnął ku niemu dłoń.
            – Leon.
            – Tato.
            Uścisnęli ręce, prawie jak na spotkaniu biznesowym.
            – Wyglądasz naprawdę dobrze – stwierdził pan Warczyński, chyba nie wiedząc co powiedzieć. – Już nie masz takiej czupryny.
            – Tak, zacząłem korzystać z grzebienia.
            I pianki do włosów, dodał w myślach.
            Zapadła bardzo niezręczna cisza.
            Co mówi się dziecku, które opuściło się, bo było homoseksualistą? Co mówiło się dziecku, z którym nie miało się praktycznie kontaktu przez sześć lat?
            Co mówiło się ojcu, który nie wsparł cię w najważniejszym momencie twojego życia? Co mówiło się osobie, która nie akceptowała cię za to, kogo kochasz?
            Co mówiło się, gdy te dwie osoby się spotkały?
            – Przepraszam – wykrztusił jego tata. – Za wszystko.
            Leon pokiwał głową. To było za mało, aby wybaczyć. Pamiętał ból, gdy płakał w objęciach Mikołaja, nie poznając samego siebie. Przez nic tak nie cierpiał jak przez odtrącenie rodziców. Nawet wtedy, gdy Damian złamał mu serce. Z tego się wyleczył, poznał Mikołaja, pokochał na nowo.
            Nikt nie zastąpił mu wsparcia rodziców. Ból, chociaż ukryty, powracał ze zdwojoną siłą. Ostatni raz widział ich dwa lata temu, gdy spacerowali przez ten park, również we wrześniu. Wtedy zrozumiał jak bardzo cierpiał, nie mogąc być przy nich sobą. To właśnie wtedy płakał na materacu, nie mogąc się pozbierać.
            Przeprosiny nie wymazały ostatnich lat.
            Jednak… były pierwszym światełkiem w tunelu.
            – Co z mamą? – zapytał, nabierając powietrza.
            – Ona… nie wie, że się tutaj z tobą spotykam.
            Leon znał odpowiedź, nim ją uzyskał. A jednak chciał to usłyszeć. Chciał potwierdzić to, o czym już dawno rozmyślał. Jego ojcu nigdy nie przeszkadzał fakt, że Leon był gejem.
            Ale i tak trzymał stronę matki. Nie przemówił jej do rozumu. Nie stanął po jego stronie. Nie pomagał mu przez te lata.
            – Dalej… dalej umawiasz się z tym chłopcem…? – zagadnął nieśmiało. Leon uniósł brew.
            – Skąd wiesz, że z kimś jestem?
            – Twoja babcia mi powiedziała. Podobno go jej przedstawiłeś.
            – Nie miałem nikomu innemu go przedstawić. – Jad w tych słowach był celowy. Ojcu zrobiło się głupio. – I ma na imię Mikołaj. Mikołaj Wagner.
            – Mikołaj. – Pokiwał głową. Leon zauważył, że ojciec powtórzył imię, aby zobaczyć jak ono brzmi. – Ładne.
            – Wiem. Jest najlepszy.
            – Cieszę się, że… masz kogoś. – Co miało znaczyć „cieszę się, że miałeś kogoś, gdy mnie nie było”. – Posłuchaj, jeżeli to możliwe, chciałbym… chciałbym móc być znów częścią twojego życia.
            – Jak? W tajemnicy przed mamą? – prychnął.
            Tata najwyraźniej się zawahał, chociaż chciał coś powiedzieć.
            – Nie. Otwarcie.
            – Przyznasz się do syna geja? – Leon drążył, wiedząc że nie powinien być aż tak złośliwy. – Do pedała? Na rodzinne zjazdy przyjadę z Mikołajem i będziemy się trzymać za ręce, ostrzegam. Ja nie mam problemów z moją seksualnością. Jestem gejem – powiedział to na tyle głośno, aby przechodząca obok pani wyraźnie usłyszała każde słowo. Chciał zobaczyć jak zareaguje ojciec.
            Ku zaskoczeniu, stał wyprostowany. Słowo „gej” nie było mu straszne. W przeciwieństwie do kobiety, która posłała przerażone spojrzenie, jakby właśnie tym hasłem przeklną jej rodzinę.
            – Leonie…
            – Nie, nie – przerwał mu. – Posłuchaj. Jestem gejem. Od liceum. Właściwie to zawsze byłem, ale dopiero w liceum to zrozumiałem. I nie będziesz się tego wstydził? Syna, który całuje innych chłopaków? Który kiedyś może przyjść ze swoim chłopakiem w odwiedziny?
            – Leon…
            – Ostatnie kilka lat udowadniałeś, że się mnie wstydzisz i boisz. Nie kochasz na tyle, aby zrozumieć i postawić się na moim miejscu. I teraz chcesz, abym był znów synem? Nie zmienię się. Będę dalej z Mikołajem, bo go kocham. I nic tego nie zmieni. Więc jeżeli chcesz…
            – Leonie! – przerwał mu, kręcąc głową. – Nie, nie! Nie przeszkadza mi nic z tych rzeczy. Kochaj kogo chcesz, bądź z kim chcesz, bądź szczęśliwy z kim chcesz. Nie obchodzi mnie z kim jesteś. Bądź gejem. Bądź ze swoim chłopakiem. Nie wstydzę się ciebie i nigdy nie wstydziłem. Chcę znów mieć syna, za którym tak cholernie tęsknię!
            Tak cholernie tęsknię.
            – Wybacz mi – poprosił, zamykają oczy. – Zawiodłem cię, wiem to. Ale jesteś moim synem i ja ciebie kocham, Leonie. – Zza zamkniętych powiek wypłynęła srebrna łza.
            Syn nigdy nie widział łez u swojego ojca.
            – Nie wiem co mogę zrobić, abyś mi uwierzył. Nie wiem co mogę zrobić, abyś mi wybaczył. Ale wiedz, że teraz jestem w stu procentach po twojej stronie. I będę cię wspierał. Ciebie i twojego chłopaka.
            Leon nie spodziewał się takiego wyznania.
            – Skąd ta nagła zmiana? Co się stało, że wyszedłeś spod cienia mamy?
            Ojciec znów się zawahał.
            – Leonie…
            – Coś się stało?
            – Twoja mama i ja… – zawahał się ponownie. To zaczynało być irytujące.
            – Co? No co?
            – Rozwodzimy się.
            To było dużo informacji jak na jedno popołudnie. Leon rozważał rzucenie się do ucieczki przez kilka sekund, ale przypomniał sobie jednej o łzie w oku.
            – Jak to?
            Ojciec przemaszerował do najbliższej ławki. Leon obserwował jego ruchy, a następnie usiadł obok, dając znać, że jest gotów na dłuższą rozmowę.
            – Kłóciliśmy się od dłuższego czasu. Twoja matka często… była niezadowolona. Zła na świat i wyżywała się na mnie. Jednak punktem zapalnym było… byłeś ty.
            Leon miał mdłości. Aż tak poróżnił rodziców? Sądził, że jego orientacja jeszcze bardziej ich zjednoczyła.
            – Ja…?
            – Powtarzałem twojej mamie, że już pora się do ciebie odezwać. Nie myśl, że teraz staram się siebie pokazać w dobrym świetle – dodał pospiesznie. Noga drgała mu nerwowo. – Ale próbowałem jej wyjaśnić, że twoja orientacja nie jest niczym złym. Ona się uparła, wiesz jaka jest. Dumna i nie przyzna się do tego, że popełniła błąd. A ja nie mogłem już tak dłużej żyć, nie wiedząc co u mojego syna. U rodzonego syna! Moja krew, moje geny. – Spojrzał synowi w oczy. – Mój potomek.
            Obaj nabrali powietrza, ale nie spuścili wzroku. Aksel położył się u nóg Leona.
            – Ominąłem kilka poważnych spraw w twoim życiu. Pierwszą miłość, pierwszy dzień na studiach, pierwszą sesję, obronę licencjatu i magisterki. Ominąłem twoją przeprowadzkę i pierwszą pracę. Ominąłem to wszystko i tak mnie to boli, że nigdy już sobie tego nie daruję. I jestem z ciebie taki dumny…
            Leon drgnął. Dotychczas jedynie Mikołaj mówił, że jest z niego dumny.
            – Nie poddałeś się. Byłeś sobą. Kochałeś tak, jak chciałeś. Szedłeś dalej na swoich zasadach, pracowałeś, studiowałeś, zdobyłeś wyższe wykształcenie. I to wszystko zrobiłeś sam, bez mojej… naszej pomocy. – Teraz naprawdę miał łzy w oczach. – Leonie Warczyński, jestem z ciebie taki dumny, nawet jeżeli nie będziesz w stanie mi wybaczyć.
            Coś w Leonie pękło. Złość zmalała, zawód zniknął. Ból wyparował. Wpatrywał się w ojca, który swoje zaczerwienione oczy chował za okularami.
            Aksel podniósł się z ziemi i polizał nagle dłoń Leona, który drgnął zaskoczony.
            – Nie potrafię tak szybko wybaczyć – zaznaczył chłopak. – Ale… ale możemy… rozmawiać? Naprawiać, zdaje się. Z mamą czy bez… chciałbym mieć kontakt choć z jednym rodzicem.
            – Dziękuję.
            – To jeszcze nic nie znaczy – zaznaczył z mocą. – Dalej jestem… zły.
            – Wiem. Ja też jestem na siebie zły.
            Leon pokiwał głową. Aksel podszedł do pana Warczyńskiego, a ten go pogłaskał.
            – Ale wyrósł – stwierdził. – Ile ma już lat?
            – Siedem. Ostatnio obliczałem, że to prawie sześćdziesiąt. Staruszek, kochany…
            – Rozkoszny pieszczoch – stwierdził tata, a Leon uniósł wzrok. – Tak na niego mówiłeś. Pamiętam.
            – Tak, to rozkoszny pieszczoch. – Pogłaskał psa, który zatrząsł się z przyjemności. – A więc… rozwód? Jesteście pewni?
            Ojciec powoli pokiwał głową.
            – To była trudna decyzja, ale jednak konieczna. To… już nie miało sensu. Nie mogłem słuchać, gdy mówiła o tobie. – Prawie zazgrzytał zębami. – Jakbyś wcale nie był jej synem.
            – Donosisz mi, bo liczysz, że łaskawiej spojrzę na ciebie?
            – Dobry Boże, nie! – Wyglądał na przerażonego.
            – Więc nie mów tak.
            Zgodził się pospiesznie.
            Leon wahał się jeszcze jakiś czas. W końcu westchnął i przeczesał włosy.
            – Chcesz się przejść dookoła parku? – zapytał, siląc się na obojętny ton. – Tato…?
            Pan Warczyński rozpromienił się po raz drugi tego dnia.
            – Tak.

***

            Leon zamknął za sobą drzwi do loftu. Oparł się o nie i odetchnął głęboko. Wieczory jednak były chłodne i żałował, że nie ubrał się cieplej. Z drugiej strony nie spodziewał się tak długiego spaceru.
            Aksel wiernie stał przy jego nogach, czekając na umycie łap, aby mógł swobodnie chodzić po domu.
            – Leon. – Z kuchni wyłonił się Mikołaj z zatroskaną miną. – Długo cię nie było.
            – Było sporo do nadrobienia.
            Mikołaj stanął przed chłopakiem i psem. Przyglądał się jednemu i drugiemu swoimi szarymi oczami. Nie chciał o nic pytać, bo doskonale pamiętał jak temat rodziców wpływał na Leona. Chodził przez to do psychologa, aby móc trochę odsapnąć. Pamiętał łzy chłopaka, gdy wtulał się w niego.
            Leon nigdy nie chciał się pokazać w takim stanie przed nikim więcej.
            – Jest dobrze – oznajmił, nachylając się, by pocałować Mikołaja. – Zaraz ci wszystko opowiem – obiecał, zdejmując buty i kurtkę. – Ale najpierw powiem ci, że mój tata chce cię poznać. – Wyszczerzył zęby.
            Chłopak drgnął.
            – Brzmi poważnie…
            – Prawda? Poznawanie rodziców partnera. – Objął go i oparł policzek o czubek jego głowy. Nabrał powietrza, wdychając zapach chłopaka. – Jestem zły, w chuj.
            – Widzę – odpowiedział powoli. – Ale mimo wszystko, zrobiłeś pierwszy krok.
            – Ta, w stronę większego gówna. Moi rodzice się rozwodzą.
            – Och. – Mikołaj musiał sobie przypomnieć, co się mówi w takich momentach. Jednak niewiele wiedział o tym co się robi, gdy rodzice chłopaka chcą się rozwieść. – Przykro mi – powiedział, poklepując Leona po plecach. – Mogę coś dla ciebie zrobić?
            – Położyć się ze mną w łóżku na resztę wieczoru – oznajmił bez chwili namysłu, jakby tę odpowiedź miał już od dawna w głowie. Przetarł oczy.
            – Robię nam mięsną lasagne.
            – Po zjedzeniu mięsnej lasagne!
            Mikołaj roześmiał się cicho. Wiedział, że jedzenie poprawi nieco humor Leonowi. Chociaż wyglądał na zadowolonego, widać było, że dręczy go wiele myśli.


ZARĘCZYNY
            Leon miał o czym rozmyślać przez kolejnych kilka dni. W tym czasie ojciec dzwonił do niego jeszcze raz, aby porozmawiać i udowodnić, że zależy mu na odnowieniu kontaktu.
            W miarę jak dni upływały, psi chłopak coraz bardziej nie mógł się doczekać pójścia do pracy. Wtedy miałby czym zająć myśli. Póki co jednak leżał w lofcie i grał w Quizowanie z Mikołajem, który był w pracy. Niestety, oznaczało to, że czasem spóźniał się z odpowiedziami, więc ten czas Leon wykorzystywał na czytanie książki, którą otrzymał od Pierre’a.
            Deszcz stukał za oknem i zwiastował nieubłaganie nadejście jesieni.
            Leon ze znużeniem spojrzał na kalendarz. Był dwudziesty szósty września.
            Aksel poderwał się, gdy rozległ się dźwięk dzwonka Leona. „Cosmic Love” Florence and the Machine wezwało chłopaka do odebrania.
            – Leon przy telefonie, Pierrdałku – przywitał się. – Jeżeli chcesz w końcu się ze mną przespać, wciśnij jeden. Jeżeli masz sprawę, która zmusiłaby mnie do wyjścia na dwór w ten deszcz, wciśnij dwa i pocałuj mnie w dupę. Szybki lodzik, wciśnij trzy. Konkretniejsza zabawa BDSM, wciśnij kolejno sześć i dziewięć.
            – Zawsze się zastanawiam, czy wymyślasz to na poczekaniu, czy po prostu budzisz się rano i knujesz. – Usłyszał w słuchawce podejrzanie rozbawiony głos Pierre’a. Blondyn nigdy nie był wesoły przed dwunastą.
            – Knuję. Zawsze knuję, Pierre.
            – A więc postaraj się uknuć wolny wieczór w piątek – poprosił.
            – Pierre, ja i ty mamy chłopaków i mieliśmy przez to wiele kłótni – rzucił, przerzucając stronę w książce. – Nie sądzisz, że lepiej puścić w niepamięć nasze uczucie? – ton jego głosu przypominał znużonego profesora powtarzającego po raz setny swój wykład.
            – Zaręczyliśmy się. Ja i Rai.
            Na początku Leon miał wrażenie, że Pierre powiedział „zajebaliśmy się”, ale to nie pasowało do kontekstu, a poza tym Pierre nie zwykł używać takich słów. Gdy powiedział słowo na „k” wszyscy wstrzymywali oddechy.
            U Pierre’a słowo na „k” to „kurczaczki”.
            Leon odłożył książkę na bok i usiadł na kanapie. Pierre nie przerywał jego milczenia.
            – Czekaj – zażądał, jakby Pierre właśnie opowiadał mu o ślubie na klifie w Kornwalii i nie czekał na reakcje przyjaciela. – Jak to się zaręczyłeś? Znaczy... wy! Wy się zaręczyliście?
            – Tak.
            – Z pierścionkiem?
            – Nie, złożyłem w ofierze lirę, dwie sztuki bydła i mieszek ze złotem.
            – Kupił ci pierścionek?
            – Ja jemu…
            TY jemu?! – wykrzyknął.
            – Z niecierpliwością czekam na gratulacje i potwierdzenie wolnego piątku.
            Leon zamrugał oczami.
            – Wybacz, zaskoczyłeś mnie! – Teraz już stał. – Ty oświadczyłeś się mu? Gratuluję, Pierre! Znaczy… wiesz, że w Polsce…
            – Wiem – odpowiedział.
            – Wow, masz jaja ze stali.
            – Dzięki.
            – Myślałem, że w ogóle ich nie masz!
            – Zawsze jesteś taki uroczy dla przyjaciół, którzy się właśnie zaręczyli? – prychnął. – W piątek wieczorem razem z Raiem urządzamy kolację, aby móc świętować. Jesteś zaproszony razem z Mikołajem. I Akselem, oczywiście.
            – Cholera – mruknął Leon. – To trochę dziwne, ale… niesamowite.
            – Osobiście wolę drugi przymiotnik.
            – Pierre, ty mała dupo!
            – Przestań…
            – Ty pedrylu! Ty mały, świński pedrylu. Nie wierzę, że to zrobiliście. Oczywiście, w tym pozytywnym sensie.
            – Oczywiście. – Widział oczami wyobraźni jak kiwa głową. – A teraz muszę jeszcze zadzwonić do kilku osób. Daj znać czy możecie się pojawić z Mikołajem.
            – Jasne. Pewnie. Jeszcze raz… wszystkiego dobrego, Pierre.
            – Dziękuję, przyjacielu. Do zobaczenia!
            Rozłączył się, a Leon złapał oddech. Spojrzał na Aksela i pokręcił głową.
            Pierre i Raimundo byli zaręczeni.
            Tak, teraz jak sobie przypominał, dwudziestego piątego września wypada rocznica Pierre’a i Raimunda. W tym roku wypadła piąta.
            Po pięciu latach Pierre zapragnął, aby Rai już nie tylko był jego chłopakiem, kimś z kim się umawia. Mieszkali razem, byli partnerami, a teraz byli…
            – Narzeczonymi – stwierdził głośno i ocenił, jak brzmi to słowo.
            To było dziwne. Nie dlatego, że Leon to potępiał. Ale dlatego, że geje w Polsce nie mieli szans, aby wziąć ślub. Nie wiedział jakie plany na dalszą przyszłość mieli Pierre i Raimundo, ale za prędko nie mogli się pobrać.
            Oczywiście, o ile będą chcieli.
            – Co się dzieje? – Spojrzał na Aksela, żądając wyjaśnień. – Co się dzieje, pieseł?
            Aksel zamrugał oczami.
            Leon nie wiedział, w jakim był nastroju. Cieszył się, że Pierre zdobył się na taki krok, a Rai powiedział „tak”. Może to było dziwne, bo we wszystkich filmach wałkuje się temat, w którym to mężczyzna oświadcza się kobiecie. Nigdy nie widział, aby mężczyzna oświadczał się mężczyźnie.
            Z wielką ciekawością wpisał na youtube hasło „gay engagement” i obejrzał kilka filmików z Akselem na kolanach (co było nieco niewygodne, ale pies nie miał zamiaru schodzić).
            – Chodź, obejrzymy razem gejuski, które się sobie oświadczają. Tak, obejrzymy, tak! – Podrapał psa za uchem, a tamten przechylił łeb w jego stronę i próbował po polizać. – Tak, tak! Dobry chłopiec, obczaj te geje.
            Leon ustawił usta jak do pocałunku, aby Aksel mógł go pocałować w psi sposób, liżąc po wargach i przy okazji nosie, brodzie, policzkach, a także skroniach.
            Filmiki okazywały się całkiem wzruszające i do Leona dotarła pewna straszna perspektywa. W przyszłości będzie musiał podjąć podobne decyzję co do Mikołaja. Może nie tyle co zaręczyny, ale jakiś krok razem, który zacementuje ich związek.
            Aksel lizał go dalej po twarzy, a on myślał o całej tej sytuacji.
            Hetero mieli łatwiej. Mieli ewidentnie widoczne etapy. Randkowanie, związek, oświadczyny, ślub, wspólny kredyt, dzieci i wszystko co później z nimi związane.
            U gejów… w sumie to kończyło się na etapie „związek”. I co dalej? Oświadczyny? Co one dadzą? Ślubu tutaj nie da się zawrzeć. Nie weźmie się wspólnego kredytu (chociaż Leon wolał w ogóle nie brać kredytów). Nie będzie się miało dzieci. Nie będzie się miało… nic. Nawet nie istnieją związki partnerskie.
            Gdyby była taka możliwość, Leon poważnie rozważyłby wejście w taki związek z Mikołajem. Ale czy potrzebował formalizacji?
            Czemu Pierre się oświadczył? Leon domyślał się, że Pierre po prostu wierzył. Wierzył, że żadne papierki nie są mu potrzebne, a pierścionek jest czymś w rodzaju symbolu, a nie pragnieniem formalizacji.
            – Ech, Pierre, romantyku – stwierdził, wyłączając kolejny wzruszający filmik dotyczący zaręczyn gejów.
            Dopiero teraz sięgnął po telefon i zadzwonił do Mikołaja. Przedstawił całą sytuację, którą chłopak przyjął z dłuższym milczeniem.
            – Zaręczyli się? Że jedno klęknęło…
            – I skończyło się bez robienia loda, dasz wiarę?
            – Myślę, że to całkiem urocze – stwierdził Mikołaj. – Myślisz, że musimy kupić im prezent?
            – Prezent?
            – Prezent zaręczynowy.
            Leon zastanowił się chwilę.
            – Tak. Kupmy coś.
            – Świetnie. Wymyślę coś. I zadzwonię do Raia, żeby mu pogratulować.
            – Pewnie teraz świntuszą.
            – To im przerwę.
            – Zły, zły Mikołaj.
            – Zły, zły pies.
            Leon zaszczekał głośno do słuchawki.
            – Nie mogę się doczekać, aż wrócisz – oznajmił. – Może będzie na ciebie czekać niespodzianka?
            – Lubię niespodzianki.
            Gdy Mikołaj tego dnia wrócił do domu, przy drzwiach czekał prawie nagi Leon, z psimi uszami, ogonem i obrożą. Zaskomlał i uniósł „łapę”.

***

            Piątek wieczór nadszedł zaskakująco szybko. Przez całe popołudnie para szykowała się, zamiennie zajmując łazienkę lub lustro.
            Leon założył eleganckie, wypastowane czarne buty. Ciemne spodnie od garnituru i ciemną, niebieską koszulę. Zastanawiał się teraz nad wyborem krawatu, gdy Mikołaj zapinał spinki w mankietach. Jego strój był podobny do stroju partnera, z tym że koszula była biała.
            – Który? – Leon uniósł dwa krawaty. Czarny i czerwony.
            – Czerwony.
            – Serio?
            – To po co kazałeś mi wybierać…?
            Leon warknął.
            – Dobra, czerwony. I czarna marynarka. W sumie… A może ten szary?
            Mikołaj westchnął.
            Nawet Aksel tego dnia otrzymał muszkę, aby mógł prezentować swoje najlepsze psie wdzięki. Gotowi, pachnący i z prezentami opuścili loft. Wsiedli do samochodu Mikołaja (Leon prowadził) i pojechali do Pierre’a i Raimunda w okolice Słonecznych Tarasów.
            Kierując się Broniewskiego, dotarli do Cinema City i przy Odrodzenia skręcili w prawo. Trzymali się Starego Miasta, mijając kościół Świętej Katarzyny, aby na skrzyżowaniu przy kinie Grunwald skierować się ostatecznie do Słonecznych.
            Dom ich przyjaciół znajdowało się na zamkniętym osiedlu, więc musieli poprosić o otworzenie bramy wjazdowej. Zaparkowali niedaleko klatki i popatrzyli po sobie.
            – Chodźmy świętować zaręczyny gejów.
            – To jedyna taka okazja na milion – stwierdził Mikołaj.
            Impreza z okazji zaręczyn odbyła się w mieszkaniu, ale była to część mniej oficjalna, wyprawiana dla znajomych i rodzeństwa. Dlatego Leon zobaczył tyle znanych twarzy.
            Oczywiście Pierre i Raimundo, równie elegancko ubrani, kontrastująco w biel i czerń niczym Ying Yang, którym byli. Pierre miał białą koszulkę i czarny krawat, a Rai czarną koszulę i biały krawat.
            – Nie uwierzę, że dobór ubrań to przypadek – stwierdził Leon, witając się z Pierrem.
            – Nie wierzysz w przypadki – przypomniał, a on roześmiał się wesoło.
            – Ach! Pan Zagadka i Psi Chłopak. – Zza narzeczonej pary wyłoniła się Amanda. Miała nieco krótsze włosy niż zapamiętali, ale dalej były kruczoczarne i lśniące. Idealne jak fryzura każdego z rodziny Raia.
            Leon warknął cicho, a Mikołaj skinął głową..
            – Moja Muza.
            – Kocham tego chłopaka coraz bardziej z każdym razem, gdy się spotykamy – stwierdziła starsza siostra Raia.
            – Z wzajemnością – zapewnił Mikołaj.
            Tą krótką wymianą uprzejmości Mikołaj i Amanda rozbawili pozostałych gości.
            Leon rozejrzał się po twarzach zgromadzonych przy stole. Wśród gości rozpoznał Olę i Oskara, Alicję (siostrę Pierre’a) oraz bliźniaki ze strony Raia – Adama i Andżelikę. Nie mogło zabraknąć najstarszej z sióstr Raimunda – Rebeki, która przyjechała z Robertem i Wiktorem.
            Ten brzdąc miał już trzy lata!
            Miejsce dla Leona i Mikołaja znajdowało się najbliżej balkonu, niedaleko Patryka i Fabiana. Kolejna para gejów, którzy byli znajomymi narzeczonych.
            To naprawdę dziwnie brzmiało, narzeczeni.
            Gospodarze podali dania i wino. Nawet Mikołaj był pod wrażeniem tego, jak dobre były potrawy. Pierre dostrzegł to i dało się dostrzec jak wypuszcza z ulgą powietrze. Wszyscy wiedzieli jak wybredny potrafił być Mikołaj.
            Mały Wiktor polubił najbardziej Aksela, z którym bawił się przez większość czasu. Pies chyba polubił dzieciaka, bo cały czas wszędzie za nim chodził.
            Wieczór wypełniony był śmiechem, zabawą, opowieściami i prezentami. Prym w opowiadaniu żenujących historii wiodła Alicja, która z wielką chęcią przypominała kompromitujące wydarzenia z życia starszego brata. Pierre słuchał tego, kręcąc głową, ale uśmiechając się pod nosem.
            Za każdym razem, gdy Alicja kończyła, wśród salw śmiechu, Raimundo obejmował go i całował w policzek, by dodać otuchy. Leon obserwował to szczęście z namysłem. Było takie prawdziwe.
            – Chciałabym wznieść toast – oznajmiła Amanda, wstając od stołu. – Za cudownego, wspaniałego i niepowtarzalnego mężczyznę – mówiła, patrząc na parę. – I za mojego głupiego, młodszego brata. – Wszyscy się zaśmiali, nawet Aksel szczeknął. – Ale tak poważnie, panowie. Pamiętam was sprzed pięciu lat, gdy się jeszcze wstydziliście waszej relacji. Teraz patrzę na was i jestem z was okropnie dumna. – Przyłożyła dłoń do serca i uśmiechnęła się ciepło. Bez żartów, które tak często jej towarzyszyły. – Pokonując różne przeciwności na drodze. – Spojrzała na Leona, który wyszczerzył zęby i kłapnął nimi. Tylko zorientowani w charakterze Leona zrozumieli, o co chodzi i zachichotali. – Parliście do przodu, pokazując, że prawdziwa miłość… nie zna granic. Pokonywaliście każdą kolejną z nich i teraz robicie następny krok, udowadniając że macie racje. I dlatego teraz szybko, zanim się rozpłaczę, wznoszę za was toast. – Uniosła kieliszek z szampanem. – Za waszą miłość i za to co przed wami. Bo mając siebie nawzajem, wasza przyszłość będzie cudowna. Za Pierre’a i Raimunda!
            Wzniesiono kieliszki.
            Następnie goście podzielili się na grupki, a czasami ktoś łapał jednego z narzeczonych i rozmawiał z nim. Uwagę skupiał pierścionek na palcu Raimunda. Prosta, srebrna obrączka iskrzyła się w świetle mieszkania.
            W trakcie gdy Mikołaj rozmawiał z brunetem, Leonowi udało się porozmawiać chwilę z Pierrem na balkonie.
            – Naprawdę wam gratuluję – zapewnił. – Przez telefon mogłem nie brzmieć przekonująco.
            – Nie przejmuj się – odpowiedział. Jego jasne, błękitne oczy błyszczały od szczęścia i szampana. – Przekonałeś mnie za pierwszym razem.
            – To niesamowite. – Chłopak kręcił głową. Zapatrzył się w ciemne niebo. Chociaż był koniec września, wieczór smakował jak lato. – Jesteś narzeczonym.
            – Jestem.
            – Robisz coś… nie wiem jak to określić – stwierdził. – Robisz coś, na co niewielu by się zdecydowało. Niektórzy nawet nie mogą zrobić coming outu, a ty… wy – poprawił się szybko. – To niesamowite.
            – To nie jest niesamowite. To zwyczajne. Chociaż potrzebowałem dużo czasu, aby to zrozumieć. Chcę być z Raimundem. Bez względu na to, co kto mówi. I jeżeli w jakiś najmniejszy sposób moje kroki pomogą innym… będę jeszcze szczęśliwszy. Wiesz, w tych moich książkach poruszam wątek gejowski…
            – Naprawdę? – Leon udawał zaskoczonego. – Myślałem, że scena w bibliotece to spotkanie żyrafy i pingwina.
            Pierre roześmiał się.
            – Pragnę jedynie, aby inni wierzyli w siebie. I nie chcę, aby marnowali czas na to, aby nie być sobą. Ci wszyscy młodzi, zagubieni homoseksualiści. – Zasmucił się. – Nie mogą marnować czasu tak jak ja. Nie wiem jak do nich trafić… ale na pewno coś wymyślę.
            – Skąd takie kroki?
            – Każdy ma prawo do szczęścia. I to w sumie tyle. Wiesz dobrze jak jest. – Spojrzał przyjacielowi w oczy. – Wiesz jak reagują ludzie. Wiesz jak ciężko jest to ukrywać.
            – Wiem. – Skinął głową.
            – Dlatego… jeżeli będę mógł komuś pomóc, zrobię to.
            Leon uśmiechnął się i ponownie pokiwał głową.
            – Póki co ciesz się swoim dniem, Pierre. Jeszcze przyjdzie pora na ratowanie świata.
            Roześmiał się.
            – Masz racje. Dziękuję, że przyszedłeś.
            – Ech, Pierredałku.
            – Hej! – Na balkonie pojawiła się Amanda. – Tu jesteś, Pierre! Chodź!
            – Gdzie?
            – W stronę tęczy, a gdzie indziej? – Złapała go za rękę. Leon dopiero teraz się zorientował, że w drugiej już trzyma dłoń Raimunda. – Chodź! Chodźcie wszyscy!
            Amanda wyprowadziła wszystkich z mieszkania. Chociaż goście pytali, o co chodzi i gdzie się udają, ona nie odpowiadała. Za to prowadziła wszystkich po schodach na górę.
            Wyprowadziła wszystkich na dach, który ewidentnie został przygotowany na to wyjście. Goście rozejrzeli się po rozstawionych lampkach. Pierre i Raimundo wyglądali na szczerze zaskoczonych.
            – Jak tyś to…? – zaczął Rai.
            – Mam swoje sposoby.
            – Byśmy zauważyli, że kręcisz się po naszej klatce schodowej!
            – Najwidoczniej nie. – Wzruszyła ramionami. – Chodźcie, chodźcie.
            Trzymając narzeczonych za dłonie, poprowadziła ich w sam środek światełek. Stał tam stolik, a do niego przywiązany był lampion. Na jego boku namalowany był znak Ying Yang, który oczywiście symbolizował dwójkę zakochanych.
            – Czyńcie honory. – Amanda puściła ich dłonie i odsunęła się. Sięgnęła szybko po aparat, a narzeczeni spojrzeli na siebie. Skinęli głowami, decydując się na wspólne zapalenie lampionu.
            Zostawione tam przez Amandę zapałki po chwili płonęły. Pierre i Raimundo wspólnie zapalili lont, który rozświetlił biały lampion od środka. Pomarańczowy płomyk rwał się do lotu, unosząc delikatny, papierowy materiał. Jednak uwiązany przez srebrną wstążkę nie mógł nigdzie odlecieć.
            – Razem? – zapytał Rai.
            – Zawsze – odpowiedział Pierre.
            Pocałowali się i wspólnie pociągnęli za delikatną wstążkę. Zsunęła się z drucika, łączącego otwarte dno lampionu, a ten poleciał do góry. Pojedynczy punkt światła unosił się coraz wyżej, ku ciemnemu niebu. Rai objął Pierre’a i obserwowali jak jedyny płomyk ognia na niebie oddala się.
            Blondyn westchnął i pokiwał głową. Wyglądał na kogoś, kto właśnie sobie coś obiecał, ale nikt nie mógł teraz przejrzeć myśli blondyna.
            – Dzięki, Mandy. – Rai uściskał siostrę.
            – Pomogły mi Rebeka i Andżelika – powiedziała nieco za skromnie jak na nią. – Ale jeżeli kiedyś będziecie potrzebowali kogoś, kto zorganizuje wam wesele, wiecie gdzie mnie szukać – dodała. – Znam świetne miejsce w Hiszpanii. Och, chyba że wolicie Nowy Jork? Ewentualnie Londyn, ale tam nigdy nie wiadomo co z pogodą…
            Pierre uśmiechnął się.
            – Zadzwonimy – obiecał. Amanda się rozpromieniła. Wizja urządzenia wesela gejów dla młodszego brata chyba uderzyła jej do głowy bardziej niż szampan.

***

            – Impreza wróciła do mieszkania, Leon – przypomniał Mikołaj, gdy jego chłopak wyciągnął go na klatkę schodową i poprowadził po schodach do góry. Pokonywali tę trasę już drugi raz.
            – Wiem.
            Znów znaleźli się na dachu. Tym razem panowała tu ciemność. Po lampionie nie było nawet śladu na niebie. Chłodna ciemność otaczała ich z każdej strony. Przyjemnie mierzwiła włosy i łaskotała twarze.
            – Co tu robimy? – zapytał Mikołaj.
            – Nie jestem tak romantyczny jak Pierre i Raimundo. Ani nawet jak jego rodzina. Ale. – Uśmiechnął się, wyciągając komórkę. – Potrafię działać na spontanie. A to prawie jak romantyzm.
            Ustawił telefon na stoliku, na którym wcześniej stał lampion. Szybkim ruchem kliknął play i ciemność wypełniła piosenka „Never Let Me Go” wykonywana przez Florence and the Machine.
            Mikołaj wyprostował się, zaskoczony, gdy Leon się do niego przybliżył.
            – Zatańczmy.
            – Proszę?
            – Zatańczmy.
            Ujął jego chłodną, bladą dłoń i uśmiechnął się szeroko.
            – Leonie, ja…
            Leon pocałował Mikołaja w czoło.
            – Nic nie mów. Wsłuchaj się.
            A więc objęli się, chwytając się jak partnerzy do tańca. I nieśmiałym ruchem, zaczęli wolny taniec, który bardzo przypominał walc angielski. Ich wzrok przyzwyczajał się do ciemności, widzieli się coraz lepiej, chociaż światła latarni tu nie dochodziły.
            Walcowali jak dwa spragnione siebie cienie, wśród nocy którą tak kochali. Gwiazdy paliły się nad nimi, jako jedyni świadkowie tego niemego wyznania miłości.
            Tańczyli dalej, a piosenka wypełniała przestrzeń wokół nich, przybliżając ciała coraz bliżej siebie. Oczy Leona, choć czarne jak otaczająca ich noc, lśniły i iskrzyły się, gdy widziały Mikołaja. Blady chłopak nie był pewien, czy dobrze wykonuje wszystkie ruchy, a chciał być przy tym perfekcyjny.
            Z zaskoczenia, starszy chłopak zakręcił nim i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mikołaj utrzymał równowagę.
            Gdy piosenka dobiegła końca, zatrzymali się. Leon pocałował zimne czoło partnera i przytulił go mocno. Oderwali się od siebie po chwili i popatrzyli sobie w oczy.
            – Seks na dachu w środku nocy? – zaproponował Mikołaj.
            – Seks na dachu w środku nocy – przytaknął Leon. Pocałowali się i zaczęli zsuwać spodnie.
           
BONUS
NOWY KAWAŁEK
Luty 2015

            – O MÓJ BOŻE! – ryknął Leon. Mikołaj zerwał się ze swojego miejsca, nie wiedząc, co się dzieje. Upuścił ołówek i zaklął cicho pod nosem.
            Obejrzał się w stronę swojego chłopaka.
            – Leonie, czemu ryczysz…?
            – FLORENCE WYPUŚCIŁA NOWY KAWAŁEK!
            – Ciszej, proszę. Przestraszyłeś Aksela.
            – MIKO! – Leon obrócił się na obrotowym krześle. – Florence wypuściła nową piosenkę! Puszczę ją!
            – Piosenkę? Czy swoją godność?
            Leon bez słowa wrócił do komputera i wcisnął przycisk play. Z głośników huknęła nowa, nieznana melodia, która sprawiła, że Leon roztapiał się na krześle. Dosłownie z niego spływał. Jego głowa była właśnie tam, gdzie znajdowało się przeważnie miejsce, gdzie plecy kończyły swą szlachetną nazwę.
            Gdy się skończyła, chłopak oddychał ciężko.
            – O tak, tak, tak! TAK! Tak, kurwa!
            Mikołaj zbliżył się do niego, aby móc odczytać tytuł z monitora.
            – How Big, How Blue, How Beautiful… How powtarzalne.
            – Zamknij się, innowierco! – Leon pstryknął go w nos. Brunet cofnął się, masując rozbolałe miejsce. – Jeszcze raz.
            Mikołaj spodziewał się długiego wieczoru, w którym Leon będzie zasłuchiwał się w nowym kawałku.
            Dwa dni później
            – O. MÓJ. BOŻE! BOŻE! – Leon znów spływał z krzesła, gdy zakończył oglądać teledysk do drugiego, nowego kawałka Florence and the Machine. – Mikołaj!
            – Słyszę. Podejrzewam, że pół Torunia cię słyszy… – Chłopak zbliżył się do ciężko oddychającego fana. Miał dreszcze i zamknięte oczy. – Dobrze się czujesz?
            – To jest lepsze niż orgazm…
            – Miło mi to słyszeć… – Mikołaj spochmurniał.
            – Jeszcze raz!
            Gdy kawałek „What Kind of Man” huczał po lofcie, Leon razem z Akselem tańczyli po całym pomieszczeniu. Mikołaj już chciał coś powiedzieć, gdy Leon złapał go za ręce, podskakując radośnie. Złapany próbował się wyrwać, ale niewiele to dało.
            To,  co w miarę pocieszało Mikołaja, to fakt, iż Leon uwielbiał kochać się do muzyki Florence, a ten kawałek był całkiem żywy.
            I tak się stało kilka minut później. Leon rozbudził się i nie miał zamiaru iść spać.